Dominik zapadł w śpiączkę. Teraz znów może grać w piłkę

Agata Sawczenko [email protected]
Dominik Tomczak do formy wraca dzięki ciężkiej pracy, rehabilitacji oraz pomocy ludzi dobrej woli.
Dominik Tomczak do formy wraca dzięki ciężkiej pracy, rehabilitacji oraz pomocy ludzi dobrej woli. Andrzej Zgiet
Udostępnij:
Piłka nożna to było całe jego życie. Treningi, mecze, zdjęcia ulubionych drużyn. Pięć lat temu wszystko legło w gruzach. Chwila nieuwagi na przejściu... Siła uderzenia samochodu odrzuciła 10-letniego Dominika na słup. Zapadł w śpiączkę. Lekarze nie dawali mu szans. Dziś chodzi do szkoły. I znowu gra w piłkę.

Każdy może pomóc

Każdy może pomóc

Dominik Tomczak jest podopiecznym Fundacji Dzieciom "Zdążyć z pomocą". Na jego konto fundacji można wpłacać darowizny, ale też przekazywać 1 proc. podatku. W ciężkiej i kosztownej rehebilitacji liczą się każde pieniądze.

Darowizny można wpłacać na nr konta 15 1060 0076 0000 3310 0018 2615 tytułem: 11122 Tomczak Dominik - darowizna na pomoc i ochronę zdrowia". 1 proc. podatku na rzecz OPP: Fundacja Dzieciom Zdążyć z Pomocą, ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa, NIP 118-14-28-385.

Wystarczy wskazać w zeznaniu podatkowym:
KRS 0000037904. W pozycji: Informacje uzupełniające: 11122 Tomczak Dominik

Miesiące, lata rehabilitacji. Bez tego nie bylibyśmy w tym miejscu, gdzie jesteśmy - mówi Aneta Tomczak, mama 15-letniego teraz Dominika. Dziś może w miarę spokojnie wspominać to, co się wydarzyło pięć lat temu. Spokojnie - bo wie, że nadzieja, samozaparcie, ciężka praca i pomoc - czasem nawet obcych - ludzi przynoszą efekty.

Dominik był w trzeciej klasie. Uwielbiał piłkę nożną. Marzył, by pojechać na mecz do Barcelony. Odkładał pieniądze. Zaczął chodzić na treningi do drużyny piłkarskiej. A że zajęcia odbywały się w jego szkole, blisko domu, do przejścia była tylko mało ruchliwa ulica, więc czasem chodził na nie tylko z kolegą. Tak też było owego feralnego dnia, w styczniu 2010 roku. Dominik wziął plecak ze strojem piłkarskim, butami, butelką wody i wyruszył. Co było potem - do końca nie wiadomo. Czy to Dominik wbiegł nagle na jezdnię, czy kierowca miał chwilę nieuwagi... Teraz nie jest to już takie ważne. Dość, że samochód potrącił chłopca, a siła uderzenia spowodowała, że odrzuciło go na słup. Uderzył się głową. Potem wszystko potoczyło się szybko. Kierowca i jego pasażerka udzielili Dominikowi pierwszej pomocy. Chwilę później karetka zabrała go na OIOM. Jak przyznali później lekarze - byli niemal przekonani, że Dominik nie przeżyje.

Pani Aneta o wypadku dowiedziała się dopiero po kilku godzinach. W szpitalu nie wiedzieli, kogo ratują. W pierwszej chwili do karty wpisali nawet, że to dziewczynka, bo Dominik miał wtedy takie dłuższe blond włosy. A Patryk, kolega, był w takim szoku, że po prostu poszedł na trening. Opowiedział o wszystkim dopiero, gdy babcia przyszła odebrać Dominika.

- Przez tydzień potem do nikogo się nie odezwał - mówi pani Aneta.

Nie wierzyli, że przeżyje

Obrażeń miał mnóstwo. Połamana ręka, złamanie w pachwinie. Najgorsza była głowa. Dominik miał wylew krwi do płuc, do mózgu, potem utworzył się krwiak, który trzeba było usunąć, zaczęło się tworzyć wodogłowie... W związku z obrażeniami czaszki trzeba było przeprowadzić operację i wstawić dren, który ma do dzisiaj. Lekarze wprowadzili chłopca w stan farmakologicznej śpiączki.

Rozpacz. Ale pani Aneta ma silny charakter. Wiedziała, że nie może się załamywać. Musi być z synem. Wzięła zaległy urlop, następny aktualny. Siedziała non stop z Dominikiem w szpitalu.

- Potem moja szefowa, pani Kinga, powiedziała: daję pani rok. To była taka praca, nie praca. Nadal częściej przebywałam w szpitalu, bywało, że musiałam wychodzić, bo dostawałam telefon, że Dominik ma operację. I jechałam. A od mojej pracy zależała praca setki osób w firmie produkującej bieliznę damską. Zawsze będę wdzięczna szefowej, że tak mnie potraktowała.

Rano od razu ze szpitala jechała do firmy. Przy łóżku Dominika zostawała jej mama. Gdy szła do pracy, zmieniała ją druga babcia. No i znów około 15-16 pani Aneta. Niech się pani modli - słyszała często od lekarzy, gdy pytała o stan syna. Przygotowywano ją na to, że nie przeżyje.

- A on dziś uczy się, chodzi, nawet biega - uśmiecha się pani Aneta.

Ale było ciężko. Dominik, mimo że w śpiączce, bardzo cierpiał. Miał ataki spastyczne, skurczu dostawało wtedy całe ciało. Aby przeszło, podawano mu morfinę.

- Nieraz przez pół nocy masowałam mu całe ciało, gdy czułam, że atak się zbliża. Pielęgniarka mówiła: niech pani idzie spać. A ja nie mogłam. Chciałam zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do ataku. Straszne widzieć swoje dziecko w takim stanie. To nie do opisania!

Cztery miesiące bez świadomości

W śpiączce Dominik był praktycznie cztery miesiące. Lekarze niby trochę wcześniej mówili, że jest przytomny, ale jak określa pani Aneta, ta przytomność polegała na tym, że miał odruchy neurologiczne. Potem w czasie ćwiczeń potrafił powiedzieć: boli. Albo: głowa, gdy babcia poprawiała mu opadającą głowę. Wybudzenie wcale nie wyglądało tak pięknie jak na filmach.

- Któregoś dnia nie posłuchałyśmy się lekarzy i zamiast wokół szpitala, zabrałyśmy Dominika na spacer po parku. Był piękny majowy dzień. Dominik zjadł gofra, bo potrafił już sam przełykać, potem strasznie chciał wstać. A po południu zaczął rzucać słowami. Jedno po drugim - opowiada pani Aneta.

Nad tym wybudzeniem długo pracowała. Konsultowała się często z kliniką Budzik. Jeździła na konsultacje do profesora Talara, który ma ogromne sukcesy na tym polu. Po obejrzeniu filmu z Dominikiem, powiedział: to już wkrótce. Jednak nie wszyscy lekarze wierzyli, że Dominik wyzdrowieje. Gdy śmiał się z Kubusia Puchatka, mówiono pani Anecie, że to odruch bezwarunkowy. - Twierdzili, że jego mózg jest tak zniszczony, że niczego nie rozumie.

Dziś Dominik chodzi do pierwszej klasy gimnazjum. Jest tylko rok do tyłu za rówieśnikami. Troszkę gorzej jest na co dzień. Nie lubi zmian, źle się czuje w nowym towarzystwie, czasem bez powodu wpada w złość. Wciąż wymaga opieki: przy codziennych czynnościach, przy odrabianiu lekcji, zawsze trzeba być przy nim. Ale chodzi - mimo że miał ogromne problemy z nogami, nawet biega, jeździ na rowerze. W styczniu zaczął uczęszczać na treningi piłki nożnej. To dla niego niemal spełnienie marzeń. Bo o tym, że grał w piłkę - nie zapomniał.

- Często mi powtarzał, że chce grać, że piłka, piłka... Tłumaczyłam, że nie może wrócić do drużyny, bo jego koledzy są już w sportowej klasie, ich poziom jest już o niebo wyższy od tego z czasów, gdy z nimi trenował. Że nikt go tam nie przyjmie. Przeżywał to bardzo. Mimo że nieraz zapraszany, nie chciał iść na mecz swojej dawnej drużyny. A tu okazało się, że we Włókniarzu powstała nowa grupa, gdzie Dominik jest mile widziany. To dla niego dużo znaczy. Strzelił już nawet parę goli.

Szpital, w kółko szpital

Jednak powrót do zdrowia trwał bardzo długo. - Pierwsze dwa lata to był tylko szpital, szpital, szpital - wspomina pani Aneta. - Jeśli wracaliśmy do domu, to tylko na kilka dni.

Na szczęście rehabilitacja Dominika zaczęła się, gdy jeszcze był w śpiączce. - I to dwa razy dziennie, a nie jak to jest standardowo tylko raz - mówi pani Aneta.

Po prawie pięciomiesięcznym pobycie w białostockim DSK pojechali do Ameryki pod Olsztynem, do kliniki specjalizującej się w rehabilitacji. Potem do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, ponownie do kliniki i znowu DSK... I tak w kółko. Dwa lata intensywnej rehabilitacji: ćwiczenia typowo ruchowe, ćwiczenia w basenie, hydroterapia, masaże, nauka chodu, zajęcia z logopedą, z psychologiem, terapia zajęciowa z innymi dziećmi, okłady. Wszystko skierowane na fizyczność i na psychikę.
W międzyczasie Dominik przeszedł jeszcze kilka operacji stóp - bez tego nie mógłby chodzić. Przez długie leżenie, niedotlenienie, ataki spastyczne, które miał w śpiączce czy przez problemy neurologiczne - miał tzw. nogi końsko-szpotawe.

Około dwóch lat zajął też Dominikowi powrót do normalności, do świadomości. Na początku nie poznawał nawet mamy, babci. Potem powolutku zaczął sobie przypominać. - A tak naprawdę to jeszcze dogania swoich kolegów. Bo niby wiekowo ma 15 lat, ale gdzieś tam umknęło trochę czasu, musiał dużo rzeczy się nauczyć. Zaczynał wszystko od nowa. Od jeden plus jeden, od literek. Włącznie z nauką chodzenia, mówienia, wszystko! Musiał nauczyć się pisać lewą ręką, ponieważ prawa do dzisiaj drży podczas wykonywania precyzyjnych ruchów.

Nadal pani Aneta dba o rehabilitację syna. Zajęcia są codziennie, choć na pewno mniej, niż ich było na początku: raz w tygodniu ćwiczenia, od stycznia dwa razy piłka nożna, dwa razy rehabilitacja oczu - która sprawiła, że Dominik zaczął widzieć na poszkodowane w wypadku oko, psycholog, i trzy razy w tygodniu biofeedback, czyli stymulacja mózgu.

- Wydaję na to około 3 tys. zł miesięcznie. Kiedyś było dużo więcej, bo dochodziły wyjazdy do lekarzy, na konsultacje. Nie poradziłabym sobie finansowo, gdyby nie pomoc ludzi - przyznaje pani Aneta.

Pomagają nawet obcy ludzie

Dominik należy do Fundacji Zdążyć z pomocą. - Jeszcze na samym początku, gdy był w śpiączce, moja siostra to zorganizowała. Ja tylko podpisywałam dokumenty. W pierwszym roku nie zdążyliśmy załatwić, żeby były pieniądze z 1 procenta. Dopiero w kolejnym. Odzew był ogromny. Wiele wpłat było od zupełnie obcych, nieznanych osób, z odległych zakątków Polski. Pieniądze szły na to, co i teraz. Więcej tylko było wyjazdów do specjalistów. Do tego dochodziły kosztowne buty ortopedyczne, których dziś na szczęście Dominik nie musi już nosić. Dwa razy też dzięki tym pieniądzom byliśmy na delfinoterapii - opowiada pani Aneta. - Po pierwszej wizycie Dominik zaczął się uśmiechać, był radośniejszy, bo w końcu zobaczył inny świat niż szpital. Tam była woda, ciepło, delfiny. Dzięki temu się rozluźnił, zrelaksował. Jednak taki wyjazd to ogromne pieniądze - jakieś 18-20 tys. zł. Dlatego gdy pyta, czy znów pojedziemy, mówię, że chyba nie. Nie mamy takiego zapasu finansowego na tym jednym procencie, żeby wydać to w ten sposób.

Dzięki ludziom dobrej woli Dominik spełnił też swoje marzenie sprzed wypadku - był na meczu w Barcelonie.

- To znów moja siostra złożyła papiery do fundacji Mam Marzenie. Trochę to trwało, zanim uzbierały się pieniądze na wyjazd. Dominik był tak podekscytowany, że nie spał całą drogę. Potem sama go pilnowałam, żeby nie zasnął i dotrwał do meczu. Z grupką dzieci pozwolono mu wtedy wejść na murawę. Za nimi stanęli piłkarze słynnej Barcy. Potem mecz i prezenty. Z bidonem, który wtedy dostał, prawie się nie rozstawał. - I właśnie - to jest kolejny dowód, że warto pomagać - uśmiecha się pani Aneta. - To działa. Bo żeby nie te pieniądze, to byśmy nie pojechali. A tak spełniają się i marzenia, i trwa rehabilitacja.

Pani Aneta nie myśli tylko o swoim synu. - Jest wiele potrzebujących dzieci. Wsparcie potrzebne jest zawsze, na początku i wtedy, gdy wydaje się, że jest już lepiej - podkreśla. - Jak nie masz pieniędzy, to nic nie zrobisz.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
paweł
dziwi mnie postępowanie porannego o bzdetach to za darmo można czytać, a o dziecku któremu trzeba pomóc, to już trzeba zaplacic, czy już poranny musi bogacić się na krzywdzie ludzkiej?
Dodaj ogłoszenie