Co się stało z Ukrainą?

rozmawia Janusz Bakunowicz
Udostępnij:
Cztery lata temu "pomarańczą" zachłystywała się cała Europa. Co dziś zostało z tego zrywu?

Demokracja populistyczna - rozmowa z prof. Ołeksijem Haraniem, politologiem z Uniwersytetu Kijowsko-Mohylańska Akademia

Co się stało z Ukrainą?

Obserwator: Mijają cztery lata od Pomarańczowej Rewolucji. Można śmiało powiedzieć o pewnych zmianach w świadomości politycznej, jakie zaszły nie tylko wśród elit politycznych, ale i społecznych.

Ołeksij Harań: W pierwszej kolejności należy podkreślić, iż Pomarańczowa Rewolucja przyniosła Ukrainie demokratyczne wartości, swobody oraz autentyczne wybory, które od 2004 roku były już trzykrotnie. Nie ma już żadnej politycznej siły, która miałaby monopol na władzę. W rezultacie wszystkie główne partie godzą się z wynikami elekcji.

Od 2004 roku władza i opozycja w parlamencie trzy razy zamieniała się miejscami. Świadczy to o tym, iż procesy demokratyczne ruszyły z miejsca. Jednocześnie widzimy, iż jest to jeszcze demokracja mało stabilna w tym sensie, iż demokratyzacji wyborów, na razie, nie możemy przełożyć na efektywne zarządzanie.

Nie za często Ukraińcy chodzili w ciągu tych czterech lat do urn?

- To świadczy tylko o tym, że ukraińska polityka staje się coraz bardziej populistyczna. W pewnym sensie związane jest to również z tym, iż wcześniej przeprowadzono reformę konstytucyjną, która do tej pory nie została zakończona. A to jedynie zaostrza konkurencję pomiędzy poszczególnymi siłami politycznymi.

Ukraina po raz kolejny przeżywa kryzys polityczny. Czym tym razem może się on zakończyć?

- Mimo że parlament został rozwiązany, nadal funkcjonuje. By przeciwdziałać światowemu kryzysowi finansowemu. Jeżeli do wyborów dojdzie, to nie w grudniu, jak planowano, ale prawdopodobnie na przełomie stycznia i lutego. Obecnie trwa walka pomiędzy Wiktorem Juszczenką a Julią Tymoszenko. I jeżeli obozowi prezydenckiemu uda się odsunąć od władzy panią premier, wówczas może okazać się, że wybory przedterminowe wcale się nie odbędą.

Jednak ukraińskie media pełne są spekulacji o przyspieszonych wyborach. Które z ugrupowań miałoby w tej chwili największe szanse?

- Największym poparciem cieszyłby się Blok Julii Tymoszenko oraz Partia Regionów. Jednak ze względu na kryzys gospodarczy pani premier będzie trudno zwyciężyć w tych wyborach. Na tej właśnie płaszczyźnie rozegra się ostateczna walka. Myślę, że nadszedł już odpowiedni moment na nowych liderów. Chociażby takich osób jak: Arsenij Jaceniuk czy Anatolij Hrycenko. Ale nasuwa się pytanie, czy w tak krótkim czasie będą oni w stanie stworzyć własne siły polityczne.

Ukraińska prasa wspomina również o przedterminowych wyborach prezydenckich, które, jeżeli by do nich doszło, można byłoby przeprowadzić wraz z wyborami do parlamentu.

- O ile przyspieszone wybory parlamentarne można usprawiedliwić formalnymi przyczynami, to podstaw dla wcześniejszych wyborów prezydenckich w tej chwili nie ma. Chyba że konflikt na linii prezydent - premier zaogniłby się do tego stopnia, iż sytuacja polityczna okazałaby się faktycznie patowa.

Który z kandydatów miałby największe szanse?

- Tradycyjnie już Wiktor Janukowycz i Julia Tymoszenko.

A co z Juszczenką?

- Notowania obecnego prezydenta są dosyć niskie. Paradoks polega na tym, że kojarzony jest jako zwycięzca Pomarańczowej Rewolucji i zdobywca tych swobód, jakimi Ukraina cieszy się obecnie. Jednak radykalnych reform ekonomicznych nie był w stanie przeprowadzić. Problem Juszczenki polega również na tym, iż wysuwa on hasła dotyczące integracji z Unią Europejską czy NATO, ale nie potrafi swoich pozytywnych deklaracji wcielić w życie. Obecnie miałby szansę, ale pod warunkiem, że udałoby mu się osiągnąć kompromis z Partią Regionów i wystartowałby jako kandydat elit politycznych, z którymi doszedłby do pewnego konsensusu. Tu mam na myśli także elity przemysłowe wschodniej i południowej Ukrainy.

Czy to realne?

- By zrealizować taki scenariusz, przede wszystkim należałoby wpłynąć na Janukowycza, by ten zrzekł się ubiegania się o fotel prezydencki. Inni kandydaci, którzy mogliby starać się o prezydenturę, to wspomniani wcześniej Jaceniuk i Hrycenko. Ale problem polega na tym, że teraz są oni jeszcze zbyt mało popularnymi politykami.

Polityka Ukrainy niejednokrotnie rozpatrywana jest w kontekście Rosji. Z doświadczenia wiemy, że to mocarstwo, szczególnie podczas Pomarańczowej Rewolucji, podejmowało próby wpływania na wewnętrzne wydarzenia na Ukrainie. Jaki prezydent, jaki polityk byłby najbardziej wygodny dla Rosji?

- Z punktu widzenia Kremla, prezydent Juszczenko - jest nacjonalistą, który propaguje hasła antyrosyjskie. Jest również symbolem jej porażki w 2004 roku. Janukowycz natomiast jest traktowany jako człowiek, któremu ciężko jest zająć jakąkolwiek pozycję. Trudno mu udźwignąć odpowiedzialność za swoje decyzje. Za to Julia Tymoszenko jest dla Rosji politykiem, z jakim dałoby się współpracować. Najbardziej efektywnym i pragmatycznym.

UEFA przyznała Polsce i Ukrainie ogromną szansę, jaką jest wspólna organizacja EURO 2012. Czy obecny kryzys polityczny może wpłynąć na ich organizację?

- Uważam, że Ukraina i jej elity otrzymały niepowtarzalną szansę i powinny ją wykorzystać dla poprawienia swego image. Oczywistym jest, że to, co odbywa się na Ukrainie w ostatnim czasie, jedynie zawadza w realizacji tych planów. Obecnie UEFA stoi na jasnym stanowisku, że albo Polska i Ukraina organizują mistrzostwa razem, albo w ogóle ich nie organizują. Osobiście mam nadzieję, iż polska strona zdoła wpłynąć również na stronę ukraińską i wspólnie te mistrzostwa zorganizują. W tej sprawie musimy działać wspólnie i wspierać się wzajemnie, bo organizacja EURO 2012 jest bardzo ważna dla naszych wspólnych interesów. Tu nie ma innej alternatywy.

Dziękuję za rozmowę.

Strategiczne sąsiedztwo - rozmowa z dr. Andrzejem Szeptyckim, analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych

Z dr. Andrzejem Szeptyckim, analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, rozmawia Janusz Bakunowicz
Z dr. Andrzejem Szeptyckim, analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, rozmawia Janusz Bakunowicz

Z dr. Andrzejem Szeptyckim, analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, rozmawia Janusz Bakunowicz

Obserwator: Ukraina, oprócz kryzysu ekonomicznego, musi zmierzyć się z kryzysem politycznym. To kolejny w tym kraju. Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Czyżby Ukraina w efekcie Pomarańczowej Rewolucji wywalczyła coś, czemu nie może podołać?

Dr Andrzej Szeptycki: Następstwa Pomarańczowej Rewolucji nie są dokładnie takie, jakich oczekiwaliśmy cztery lata temu. Kraj się zdemokratyzował. Politycy w tej chwili nie mają już ciągot autorytarnych. Ten proces wydaje się być dosyć trwały. Ale w wyniku niskiego poziomu kultury politycznej, takiego, a nie innego kształtu sceny politycznej, w końcu w wyniku reformy konstytucyjnej, którą przyjęto w czasie Pomarańczowej Rewolucji - która zmieniła system prezydencki w parlamentarno-gabinetowy - ukształtował się system bardzo niesprawny. System, w którym dochodzi do niemalże permanentnego konfliktu pomiędzy prezydentem a premierem.

To właśnie od trzech lat jest głównym powodem kolejnych kryzysów politycznych na Ukrainie.

- I wydaje się, że w krótkim okresie nie ma pomysłu, jak z tego wyjść. Dobrym rozwiązaniem byłaby zmiana konstytucji, ale jak wiemy z podwórka polskich doświadczeń, to droga dość trudna.

Jest pewne prawdopodobieństwo, że na Ukrainie może dojść do nowych wyborów parlamentarnych. Rozpatrując taki wariant, jakie partie mogłyby wejść do nowego parlamentu? Czy nie odnosi Pan wrażenia, że stronnictwa, które wcześniej rządziły, same się zdyskredytowały i do władzy mogą dojść mniejsze ugrupowania?

- Nie jestem do końca przekonany, czy w ogóle odbędą się przedterminowe wybory.

Dlaczego?

- Juszczenko podjął decyzję o rozwiązaniu parlamentu, natomiast on funkcjonuje nadal i nie dał pieniędzy na nowe wybory. Jeżeli miałbym coś obstawiać, to raczej to, że w tym roku, w przeciwieństwie do tego, co było w zeszłym, Juszczence parlamentu nie uda się rozwiązać. Chociaż, paradoksalnie, podstawy prawne do rozwiązania w tym roku są silniejsze niż w zeszłym. Sądzę więc, że tych wyborów nie będzie i to okaże się kolejną porażką Juszczenki jako prezydenta.

Ale jeżeli chodzi o prognozy odnośnie tych hipotetycznych wyborów, to najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada, że scena polityczna będzie zdominowana przez dwa duże ugrupowania: Partię Regionów i Blok Julii Tymoszenko.

Czyli starzy znajomi.

- Partia Regionów może mieć pewne nadzieje, że wróci do władzy, aczkolwiek, jak się patrzy na sondaże, to wynik wyborów byłby dość podobny do tego z zeszłego roku. Innymi słowy, bardzo możliwy byłby wariant, że znowu pojawiłyby się trudności ze sformowaniem nowej większości. I że tej nie potrafiłyby zbudować zarówno Partia Regionów, jak i Blok Julii Tymoszenko. Chyba że dwie główne partie doszłyby do porozumienia i stworzyłyby tzw. wielką koalicję, co nie jest zbyt prawdopodobne. Takie rozwiązanie dałoby stabilną większość, a ponadto zaowocowałoby marginalizacją Juszczenki.

Nikt nowy naprawdę nie ma szans?

- Jeżeli chodzi o nowe siły, to jest na nie pewne zapotrzebowanie społeczne. Np. zachodnia Ukraina głosowała na Juszczenkę, ale się nim rozczarowała. Potem zaczęła głosować na Blok Julii Tymoszenko, ale biorąc pod uwagę niejasne stanowisko pani premier w kwestii konfliktu w Gruzji, oskarżenia o zdradę stanu i o rzekomy pakt z Rosją, można sądzić, że Tymoszenko również utraci poparcie tej części kraju. I to daje pewne podstawy społeczne dla poparcia jakichś nowych sił politycznych. Natomiast należy pamiętać, że napotkają one dwa ograniczenia. Po pierwsze, próg wyborczy, który trzeba przekroczyć. Po drugie, jeżeli nawet wejdą do parlamentu, to wejdą jako partie mniejsze. Mogą przy odpowiednim układzie współtworzyć koalicję. Natomiast w dalszym ciągu te hipotetyczne siły, jeżeli się pojawią i nawet, jeżeli wejdą do parlamentu, nie będą odgrywały dominującej roli.

Czy taka sytuacja polityczna może mieć wpływ na stosunki Polska - Ukraina?

- Polska rozumie znaczenie strategiczne i polityczne Ukrainy. I tak łatwo nie zrezygnuje ze współpracy z nią. W tej chwili najbardziej martwi nas, że brak stabilności politycznej zagraża innym celom Ukrainy, chociażby organizacji EURO 2012. I że na skutek tego zamieszania Ukraina oddala się od Zachodu, do którego miała zmierzać. Tym samym staje się potencjalnie bardziej wrażliwa na pewne zakusy ze Wschodu.

A jeśli chodzi o relacje z Zachodem?

- Ten kryzys jest na rękę tym, którzy nie chcą Ukrainy w NATO czy nawet przyznania jej MAP-u (Plan Działań na Rzecz Członkostwa w NATO - przyp. red.), czy też uznania perspektywy członkostwa w Unii dla Ukrainy. A takich ludzi, zwłaszcza w Europie Zachodniej, trochę jest.

Jak w takim przypadku może wyglądać wspólna organizacja EURO 2012?

- Trzeba pamiętać, że na kryzys polityczny nałożył się gospodarczy. I te dwa czynniki, czyli chaos polityczny w połączeniu z recesją, mogą wpłynąć negatywnie na przygotowania do EURO 2012. Ale bardziej będzie to zasługa kryzysu gospodarczego niż politycznego.

Dziękuję za rozmowę.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Kurier Poranny
Dodaj ogłoszenie