Chirurg Julian Charin zjechał pół świata, by trafić na cmentarz do Topczewa. Dopiero tu znalazł spokój

Adam Czesław Dobroński
Był powszechnie szanowanym lekarzem. Takim, co to nigdy nie odmówi pomocy i sam nie cierpi na chciwicę finansową, bardzo groźną chorobę.
Był powszechnie szanowanym lekarzem. Takim, co to nigdy nie odmówi pomocy i sam nie cierpi na chciwicę finansową, bardzo groźną chorobę.
Choć Julian Charin był wyznania mojżeszowego, jego grób znajduje się na cmentarzu katolickim w Topczewie, położonym przy trasie z Łap do Brańska.

Święto Zmarłych pomaga w oderwaniu się od hałasu burzliwej codzienności. W tej intencji zapraszamy do lektury. Starsi mieszkańcy Topczewa jeszcze pamiętają chirurga Juliana Charina. Pamiętają go i seniorzy z Łap, bo tam mieszkał przed wojną.

Był powszechnie szanowanym lekarzem. Takim, co to nigdy nie odmówi pomocy i sam nie cierpi na chciwicę finansową, bardzo groźną chorobę. Podczas okupacji niemieckiej Charin - wiadomo - musiał się ukrywać, schronienia udzieliła mu rodzina Turów w Sieśkach koło Hodyszewa. Nikt z nich nie żyje, nie dowiemy się, w jakich okolicznościach zapadła ta odważna przecież decyzja.

- Może by i przeżył on wojnę, ale tej nocy nikt we wsi nie wystawił warty, a był taki nakaz władz niemieckich - wspomina Władysław Wyłucki z Topczewa. Żandarmi zorientowali się, że warty nie ma, to i zaczęli szukać winnych zaniedbania. Pewnie sołtys wskazał na Tura. Weszli do jego mieszkania, przejrzeli pokoje. W ostatnim znaleźli Charina. Jak znaleźli, to i zabrali ze sobą. Cud, że nie wzięli ze sobą także gospodarzy.

Następnego dnia ludzie usłyszeli, jak żandarm Albert gra marsza żałobnego na trąbce. To i było wiadomym, że zaraz na Kępach będą kogoś rozstrzeliwać. A trzeba wiedzieć, że Kępy to lasek na skraju Topczewa, taka mała topczewska Golgota. I przyprowadzili tu Charina, zastrzelili, a ciało kazali zakopać. Zaraz też rozeszła się wieść żałobna o zabiciu znanego chirurga z Łap. Szkoda każdego człowieka, a jeszcze bardziej, jeśli dobry.

Jeszcze tej nocy w wielkiej tajemnicy zakrystian Wróblewski wespół z zaufanymi chłopami postanowili przenieść ciało ofiary barbarzyńców na cmentarz katolicki. I pochowano go w alejce, gdzie leżą zasłużeni księża.

W latach 70. ubiegłego wieku Jan Łapiński "Pielgrzym", wtedy stały gość Kramiku, ufundował nagrobną tablicę. Wsparła go w tym zbożnym celu nauczycielka, pani Maria z Łap. Na tablicy można - z małym trudem - przeczytać, że dr Julian Charin miał 33 lata (tylko tyle) i został rozstrzelany 19 marca 1943 r. (w dzień św. Józefa). Jest tam i dodatek, który brzmi jak pean z wysokości: "Żyjąc, niósł pomoc chorym i rannym żołnierzom AK". Właśnie w marcu tego roku na terenie obwodu AK "Puszcza" (Bielsk Podlaski) podjęto przygotowania do utworzenia oddziału Kedywu - Kierownictwa Dywersji i Wywiadu. A 3 czerwca rozegrał się dramatyczny bój pod Lizą Starą. Rannym wówczas partyzantom dr Charin nie mógł już pomóc w cierpieniach.

- Dwa lata temu, latem, kiedy byłem na cmentarzu, podszedł do mnie jakiś starszy mężczyzna - wspomina pan Wyłucki. - Był z córką i wnuczką, mówił, że przyjechał z Tel-Awiwu, bo i widać było, że oni z daleka. Najpierw zapytał mnie, czy znam kogoś w pobliżu, kto robi pomniki. Oczywiście, że znam, ale szybko padło drugie pytanie: Gdzie jest pochowany doktor Charin? Zaprowadziłem ich tam, mężczyzna był wzruszony, zrobił dużo zdjęć. Czy to był ktoś z rodziny lekarza z Łap?

Zjechał przecież pół świata, by trafić do Topczewa. Jak już nieco ochłonął, to powiedział, że nie trzeba tu robić pomnika, bo jest bardzo ładnie i tak naturalnie.
Zdjęcie, które Państwo oglądacie, zostało wykonane przed kilkoma dniami, dokładnie 21 października. Czy nie miło, że na grobie leży dużo kwiatów i widać, że płoną tu znicze? Nie dociekajmy, kto je zapala. Niech się też ludzie bywali nie dziwią, że brak macewy, że jest krzyż, że to grób podobny pod wieloma względami do innych na cmentarzu w Topczewie. Ale przecież jest wielce osobliwy!

Wdzięczni, bogaci duchem mieszkańcy w sposób dla siebie bliski i zrozumiały uhonorowali dobrego Człowieka. I cóż z tego, że był on z rodu żydowskiego.

PS Przypomina mi się cmentarzysko na obrzeżach Karagandy w dalekim Kazachstanie. Tam 1 listopada 1996 roku asystowałem ojcu Zdzisławowi Peszkowskiemu w odprawianiu mszy za dusze Tych, co zostali na zawsze daleko od stron rodzinnych, za ofiary przemocy. Pamiętam, jak dobry Kapłan dołączył i intencję modlitewną za oprawców.

Te dni listopadowe to także czas próby dla wszystkich nas, żyjących.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie