Bułat Okudżawa - legenda barda

Jerzy Doroszkiewicz
Koncert "Złączeni jednym losem - ballady, pieśni i piosenki Bułata Okudżawy” odbędzie się w Białymstoku 21 marca.
Koncert "Złączeni jednym losem - ballady, pieśni i piosenki Bułata Okudżawy” odbędzie się w Białymstoku 21 marca. fot. Archiwum
Powiedziałam już kiedyś w jednym z wywiadów: mój mąż jest fantastyczny. Mówić o nim można by godzinami - wspomina Olga Arcimowicz Okudżawa, żona znanego barda.

Kurier Poranny: Zobaczyła Pani Bułata Okudżawę i się zakochała.

Olga Władzimirowna Arcimowicz-Okudżawa: Ach, byłam jeszcze studentką politechniki petersburskiej i miałam zostać fizykiem. Pewnego razu, na początku lat 60. XX wieku, przyjechałam do Moskwy do dziadka, także fizyka. Zabrał mnie na spotkanie, na które uczeni zaprosili młodego, właśnie odkrywanego poetę z gitarą. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam. Zjawił się taki skromny, w tanim garniturze. Wciąż pamiętam, że był granatowy. Jaki był miły, no i przystojny. Wydał mi się niezwykły. Nigdy wcześniej kogoś takiego nie widziałam ani nie słyszałam. Co było dalej? To po prostu przeznaczenie, los. Spotkanie przyjaciół. Można opowiadać wiele pięknych słów, ale tak naprawdę miłość to taka tajemnica, której nie sposób opisać. Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam że to człowiek stworzony właśnie dla mnie. Miałam dwadzieścia kilka lat, Bułat był starszy ode mnie o 16.

Przeżyliście razem ponad trzydzieści lat, jakim Okudżawa był człowiekiem?

- Powiedziałam już kiedyś w jednym z wywiadów: mój mąż jest fantastyczny. Mówić o nim można by godzinami. To troszkę taki Chaplin, przypominał go choćby figurą. Obraz, jaki został w mojej pamięci, to sylwetka człowieka mądrego. Nie uczonego, ale właśnie mądrego. Po prostu mędrzec. I nasze życie po trosze przypominało chaplinadę. W naszym małżeństwie było mnóstwo humoru. Nie brakowało w nim romantycznych momentów, a nawet poezji. I tak przez całe życie. Pozwalaliśmy sobie żyć w sposób niepodobny do innych. Kilka lat po studiach pracowałam jako inżynier, ale później już byłam zawsze w domu. Bo, jak mawiał Bułat, praca przeszkadzała mi myć podłogę.

Czy Okudżawa w domu rozmawiał o czasie wojny, stalinowskiego terroru, w którym ucierpiała cała jego rodzina?

- Oczywiście. Przez niemal czterdzieści lat, które przeżyliśmy wspólnie, rozmawialiśmy o wszystkim. Trudno to opowiadać w krótkim wywiadzie. I nie chciałabym, żeby przypominał telewizyjny wideoklip. On miał bardzo tragiczne życie. Ci, którzy czytają jego strofy, prozę i wiersze, doskonale rozumieją, co przeżył. Okudżawa bardzo wcześnie napisał:

"Nasłuchuję, wypatruję. I spisuję to, co czuję. Piszę prozą lub rymuję. Ale nie chcę schlebiać Wam. Takie są natury prawa. Zmieniać ich - nie nasza sprawa. Czemu piszę - nie wiem sam".

Te strofy ("Piszę powieść historyczną w przekładzie Wojciecha Młynarskiego - przyp. red.) najlepiej oddają, w jaki sposób Okudżawa w swoim pisarstwie opowiadał o swoich losach. W jego twórczości jest wszystko. Opisuje swoje tragiczne dzieciństwo, młodość, praktycznie wszystko, oprócz najtragiczniejszych, najbardziej przerażających doświadczeń. Kiedy spotkaliśmy się - wszystko się skończyło. Kiedy pojawiłam się w jego życiu, w tym samym momencie złe wspomnienia odeszły. Zaczęła się druga połowa życia. Też z masą problemów, bo życia bez problemów przecież nie ma.

Z biegiem lat pieśni Okudżawy stawały się coraz bardziej popularne. Władzy radzieckiej to się nie podobało?

- Tak. Ale teraz można już o tym opowiadać. W Związku Radzieckim wszystko było bardzo hałaśliwe, poeci pisali wprost, bardziej tworzyli hymny niż wiersze. Ówczesna poezja była wręcz na poły faszystowska. Taka silna, mocna. A tu nagle jakiś człowiek mówi: "jestem moskiewską mróweczką i chcę żyć", "piszę jak oddycham", "wasza wysokość kobieta". Jak tak można?! W totalitarnym systemie?! A przecież nie pisał nic strasznego, nie mówił, że Breżniew to bałwan. Okudżawa używał języka ezopowego. Teraz rozprawiają o jego stylu na międzynarodowych konferencjach. Przyjeżdżają krytycy z innych państw i bardzo poważnie proszą, żeby tłumaczyć znaczenie niektórych wierszy. A Rosjanie i Polacy chwytali tę poezję w pół słowa. Od razu rozumieli, co chce powiedzieć. Wszystkie alegorie w Polsce były doskonale rozumiane. To przecież był ten "wesoły barak", który bardzo lubiliśmy.

A u nas najlepsi polscy aktorzy zaśpiewali kiedyś piosenki Okudżawy i ta płyta osiągnęła nieprawdopodobną popularność.

- Sława Bogu! Podobną popularnością Okudżawa cieszy się w Czechach. Bo chociaż większość Czechów nienawidziła ideologii sowieckiej, dla Bułata robili wyjątek. Kilka lat temu wystawiano tam spektakl według powieści Okudżawy i wtedy usłyszałam od jednego z ich bardów niesamowite słowa. Wyszedł na scenę i powiedział, że kiedy Czechosłowację najeżdżały sowieckie czołgi, było mu lżej, bo wiedział, że w Rosji jest Bułat Okudżawa.

Pani mąż przyjaźnił się z wieloma polskimi artystami. Po jego śmierci utrzymuje Pani nadal kontakty z Polską?

- O tak. Choćby Daniel Olbrychski. Nie był bliskim przyjacielem, ale na pewno bardzo dobrym znajomym. Wiele razy przyjeżdżał do Rosji na moje zaproszenie i występował na koncertach poświęconych pamięci męża. Ach, w jakim stylu on to robił! Żeby naszym rosyjskim artystom tak kiedyś się udało.

Oczywiście wielkim przyjacielem był Wojtek Młynarski. No i nie żyje już Agnieszka (Osiecka). To była moja prawdziwa przyjaciółka. Teraz tak zwani biografowie wyszukują w naszych życiorysach jakichś śladów po romansach męża i ciągle o to pytają. A oni poznali się w 1966 roku. Ja wtedy rodziłam syna, a Bułat akurat dostał zaproszenie do Polski. Byliśmy wtedy z Okudżawą bardzo szczęśliwi. Po prostu Bułat umiał przyjaźnić się z kobietami. Choćby z Bellą Achmaduliną i tu chyba nikt nie podejrzewa żadnego romansu (śmieje się). A z Osiecką przyjaźnił się przez wiele lat. Wydaje mi się, że w każdym poecie jest mnóstwo pierwiastków kobiecości. Na pewno w jego kontaktach z Agnieszką był jakiś rodzaj takiej lirycznej sympatii, ale oni kontaktowali się ze sobą w bardzo dystyngowany sposób. Pamiętajcie, że ona była także moją przyjaciółką i bardzo mi jej teraz brakuje. Trudno mi w ogóle wyrazić to słowami, jak bardzo odczuwam jej brak. Czasami mnie obrażają albo obgadują i wtedy myślę sobie: ona by im powiedziała! Ona by im powiedziała, ona by mnie obroniła!

Dowiedzieliśmy się, że w marcu razem z synem przyjedzie Pani do Białegostoku na koncert poświęcony pamięci męża.

- Z przyjemnością przyjadę pokłonić się przepięknej i niezależnej Polsce. Jestem przecież Arcimowiczówną i takie nazwisko mam wpisane w paszporcie. Moi pradziadkowie i dziadkowie tak się nazywali i byli Polakami.

Dziękuję za rozmowę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie