Boliwia oczami białostoczanki. Małpy kradną jedzenie, a dzieci żują kokę.

Adrian Kuźmiuk
Marta Pawłowicz w boliwijskiej dżungli
Marta Pawłowicz w boliwijskiej dżungli Fot. Marta Pawłowicz
Boliwia to jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki, gdzie kokę suszy się przed domem. Wolontariusze z całego świata przyjeżdżają do parku zwierząt Machia w Chapare, aby opiekować się chorymi zwierzętami. Marta z Białegostoku spędziła w tym kraju dwa miesiące.

Indianki w cholas, poncho i kolorowych spódnicach rozkładały swoje stragany z owocami, ciastkami, prażonymi orzechami, saltenas, charque i suszonymi płodami lamy. Przed domami walały się śmieci wyrzucone wprost na ulicę.

Uwagę Marty zwróciła gromadka małych dzieci, kurczowo trzymających się spódnicy mamy. Przez cały czas coś przeżuwały. Na pierwszy rzut oka była to guma do żucia. W drobnych rękach dostrzegła liście. To była koka! Ale ten widok jej nie zaskoczył. W Boliwii roślina, z której wytwarza się narkotyki, jest suszona tuż przed domem.

Marta Pawłowicz spędziła w Boliwii dwa miesiące. Choć ma zaledwie 20 lat samotnie jeździła już do Hiszpanii i Irlandii. Tym razem chciała wyruszyć na koniec świata.

Wyprawa w nieznane

- Na stronie internetowej podróżniczki Beaty Pawlikowskiej znalazłam informacje o poszukiwanych współtowarzyszach podróży - mówi Marta Pawłowicz. - Jedną z nich napisał Daniel, który szukał kogoś, kto chciałby pojechać z nim do Boliwii.

Skontaktowała się z nim przez Internet. Studiował w Krakowie. Kilkakrotnie rozmawiali, spotkali się też na żywo. W końcu kupili bilety i polecieli. Jego ciocia od piętnastu lat pracuje na misji w Cochabambie.

- W tym miejscu przygotowuje się młode Boliwijki do wstąpienia do zakonu - mówi Marta. - Najmłodsza miała 20 lat, a najstarsza około 30. Choć jeszcze nie noszą habitów, żyją jak w zakonie. Całymi dniami uczą się i modlą. Gotują, sprzątają, grają, śpiewają i szyją. Nie mogą spotykać się z mężczyznami, chyba, że są to członkowie rodziny.

Młode Indianki wyglądały jak staruszki

Boliwijskie Indianki noszą tradycyjne stroje. Kolorowe chusty na ramionach, barwne spódnice. Długie włosy zaplecione w warkocze często ozdobione są melonikami. Mimo tak wielobarwnego ubioru kobiety wyglądają na o wiele starsze niż są w rzeczywistości.

- Trzydziestolatki przypominają staruszki - mówi Marta. - Tam kobiety pierwszy raz zachodzą w ciążę jak mają 14 lat. Potem co chwila rodzą kolejne dzieci. Źle się odżywiają. Szybko wypadają im zęby. Ciężki klimat sprawia, że starzeją się w zastraszającym tempie.

Kobiety uzależnione od mężczyzn

Są uzależnione od mężczyzn. Przede wszystkim finansowo. W kraju, gdzie ponad połowa mieszkańców żyje w skrajnym ubóstwie bez dostępu do czystej wody, elektryczności, kanalizacji, opieki medycznej i edukacji, najbardziej poszkodowane są kobiety. Prawie 40 procent mieszkanek wsi to analfabetki, które pracują po 15 godzin dziennie. Do tego muszą opiekować się gromadką dzieci. W Boliwii mężczyźni nie szanują kobiet. Biją je, zdradzają, zostawiają pod byle pretekstem.

- W Aiquile poznałam babcię, która zajmowała się ósemką dzieci swojej córki - mówi Marta. - Ich matka umarła na vinchuca. Ojciec wyjechał. Dzieci zostawił babci.

Ludzie umierają przez owady

Marta wyjaśnia, że vinchuca to owad trochę nieco większy od moskita. W okolicach Cochabamby ponad 90 procent populacji jest nim zarażona. Po ukąszeniu zostawia ślad podobny do ugryzienia moskita. Zakażony drobnoustrojami człowiek umiera po piętnastu latach.

- Brakuje tam prawdziwej opieki medycznej - dodaje Marta. - Dlatego wiele dzieci umiera. Niektóre matki nie przejmują się ich śmiercią. Wychodzą z założenia, że zaraz i tak urodzą kolejne.

Ulice są zasypane śmieciami. Mało jest przedsiębiorstw, które zajmują się wywozem śmieci. Jeśli już działają, to tylko w dużych miastach. Ludzie nie chcą płacić za ich oczyszczanie, dlatego wszystkie nieczystości wyrzucają przed domy.

Śmieci wyrzuca się na ulicę

- Zanim przybyli Europejczycy, nie było tego problemu - mówi Marta. - Po upolowaniu zwierzęcia nic się nie marnowało. Mięso się zjadało, z kości robiło biżuterię, ze skóry ubranie. Od kiedy pojawiły się produkty w puszkach i plastikowych opakowaniach Boliwijczycy nie mają co z nimi zrobić i wyrzucają na ulicę.

Władze starają się temu przeciwdziałać. Wprowadzają kary za zaśmiecanie ulic, ale nikt tego nie przestrzega. Większość społeczeństwa żyje w skrajnej biedzie. Dlatego wielu ludzi stara się wiązać koniec z końcem uprawiając kokę.

Każdy uprawia kokę

- Juan Evo Morales Ayma, czyli prezydent Boliwii pochodzi z regionu Chapare, gdzie jest wiele plantacji koki - mówi Marta. - Dlatego zezwolił każdej rodzinie na uprawę koki na własny użytek. Ludzie handlują nią na masową skalę, ale rząd przymyka na to oko.

Marta wspomina, jak jedna z przetwórni koki zanieczyściła rzekę. Setki śniętych ryb podryfowało z prądem. Przedsiębiorczy Boliwijczycy wyłowili je, zapakowali do lodu i zawieźli do Cochabamby. Tam je sprzedali mieszkańcom twierdząc, że są świeże. Zatruły się setki ludzi. Ale mimo podobnych wypadków nikt nie zamierza porzucić uprawy rośliny, która przynosi dochody.

- Kokaina jest produkowana z chemicznie obrabianej koki. Jej liście suszy się, a potem żuje. Działa bardziej pobudzająco niż kawa - mówi Marta. - Boliwijczycy robią z niej wszystko: herbatę, wódkę, cukierki oraz narkotyki.

Roślina wykorzystywana była również do produkcji Coca-Coli. W pierwszych latach produkcji napój zawierał sporą część narkotyku. Teraz po koce pozostał w napoju jedynie smak.

Wolontariusze z całego świata opiekują się zwierzętami

Choć duża część Boliwi to obszary nieprzyjazne dla człowieka, z roku na rok Boliwijczycy zasiedlają kolejne tereny. Podczas tej ekspansji wypierają zwierzęta, które szukają schronienia w nielicznych rezerwatach przyrody. Jednym z nich jest Park Machia w Chapare. Trafiają tu również dzikie zwierzęta z tzw. "czarnych sklepów". Kłusownicy sprzedają je do hoteli, prywatnych domów i cyrków. Upolowane zwierzęta są trzymane w małych klatkach, często okaleczane. Wolontariusze z parku pomagają im wrócić na łono natury. Marta pracowała kiedyś w łódzkim zoo. Dlatego chętnie podjęła wyzwanie.

- Z rana przygotowywaliśmy jedzenie, potem karmiliśmy zwierzęta - opowiada Marta. - Wyprowadzaliśmy je na spacery, czyściliśmy klatki, praliśmy kocyki, czyściliśmy basen żółwi. I tak od rana do wieczora przez dwa tygodnie.

Schronisko daje dach nad głową około dwustu małpom z różnych gatunków. Można wśród nich znaleźć m.in. wyjące, pająki, wiewiórki, nocne, kapucynki czy gibony. Wolontariusze opiekują się też setkami ptaków, od tukanów do jastrzębi, a także wężami, żółwiami, dzikimi pumami i jaguarami. Za dobrowolną pracę nie otrzymują wynagrodzenia. Sami za to muszą płacić dla schroniska.

- Park nie dostaje żadnych dotacji od rządu i utrzymuje się jedynie z wolontariuszy - mówi Marta. - Za ich pieniądze kupuje się leki i jedzenie dla zwierząt.

Droga ważniejsza od ginących gatunków zwierząt

Mino to już wkrótce ma zostać zamknięty. Przez jego tereny dzierżawione od rządu przebiegać będzie droga do nowopowstających osiedli po drugiej stronie dżungli. Zwierzęta trafią do dwóch innych schronisk, które właśnie się budują.

Wolontariusze wierzą jednak, że do tego czasu przynajmniej część zwierząt uda się wypuścić na wolność. Po rehabilitacji szukają dominującego samca i z jego pomocą formują stado. Jednak małpy trafiające do parku przestają być dzikimi zwierzętami. Wiele z nich przyzwyczaja się do obecności człowieka i regularnie wydawanych posiłków.

- Kiedy niosłam miskę z bananami nagle spadło mi coś na ramię. To była małpa. Błyskawicznie chwyciła owoc i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła - wspomina Marta.

Małpi złodzieje

W parku wielokrotnie zdarzało się, że znikało jedzenie zamknięte w klatkach. Zamki i zasuwki nie stanowiły żadnej przeszkody dla łakomych kapucynek, gdy w klatce znajdowała się owsianka api. W kilka sekund opróżniały dwulitrową butelkę z api. Tam zwierzęta błyskawicznie się uczą.

Boliwia to najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej, ale i najtańszy. Przeciętnego Europejczyka stać zarówno na jedzenie, jak i na noclegi. Choć w wielu dziedzinach kraj jest bardzo zacofany Marta nie mogła się z nim rozstać.

- Mimo że ludzie nic nie mają, są szczęśliwi - mówi Marta. - To chyba najbardziej mnie urzekło w tym kraju. Bardzo chciałabym tam wrócić.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie