Białystok za zamkniętymi drzwiami

Tomasz Maleta [email protected]
21 czerwca 2014 roku  zamknięta   dla białostoczan brama prowadząca na dziedziniec  Pałacu Branickich. Powód: przed rezydencją trwały przygotowania do okolicznościowego spotkania prezydenckiego w ramach dni miasta. Ostatecznie ze względu na pogodę goście przenieśli się do Auli Magna, ale białostoczanie przez większość  soboty nie mieli dostępu do dziedzińca ogrodowego.
21 czerwca 2014 roku zamknięta dla białostoczan brama prowadząca na dziedziniec Pałacu Branickich. Powód: przed rezydencją trwały przygotowania do okolicznościowego spotkania prezydenckiego w ramach dni miasta. Ostatecznie ze względu na pogodę goście przenieśli się do Auli Magna, ale białostoczanie przez większość soboty nie mieli dostępu do dziedzińca ogrodowego. Archiwum
Udostępnij:
Listopadowe wybory pokazały, że nawet przy zagmatwanej ordynacji i wyjałowionej praktyce samorządowej, możliwa jest próba rekultywacji lokalnej gleby. Białystok na taką zmianę musi poczekać co najmniej cztery lata.

W małych gminach stało się to za sprawą jednomandatowych okręgów wyborczych. Przepustkę do rady zdobywał kandydat z największą liczbą głosów, a nie kolejny z listy o największym poparciu. Co prawda nie do końca zapobiegło to upartyjnieniu samorządów, bo w wielu gminach i tak większość zdobyło jedno ugrupowanie czy komitet wyborczy dotychczasowego włodarza lub jego rywala. Bez wątpienia jednak ta legislacyjna nowość przyczyniła się w małych gminach do większej frekwencji niż w miastach na prawach powiatu. W nich od lat mandaty dzielone są według metody d'Hondta, dla wielu wyborców zupełnie niezrozumiałej. Trudno im bowiem pojąć dlaczego radnym zostaje osoba z 400 głosami, a w innym okręgu poza burtą jest kandydat z dwukrotnie większym poparciem.

Ale nawet przy tej nieprzejrzystej ordynacji i praktyce samorządowej obrosłej różnymi patologiami (także tymi z pogranicza nepotyzmu), ostatnie wybory pokazały, że mimo wszystko możliwa jest zmiana jakościowo inna niż tylko będąca pokłosiem tradycyjnego wychylenia wahadła partyjnego raz w lewo, raz w prawo. W Słupsku był to wybór na prezydenta Roberta Biedronia z Twojego Ruchu, w Gorzowie Jacka Wójcickiego z ruchu "Ludzie dla Miasta". O ile w pierwszym przypadku można mówić także o przekroczeniu swoistego Rubikonu obyczajowego, o tyle w tym drugim przypadku przede wszystkim polityczno-instytucjonalnego (symbolem tego było ogłoszenie przez media Gorzowa nową stolicą Ruchów Miejskich). Bo na rewersie była odwaga zarówno słupszczan, jak i gorzowian w poszukiwaniu alternatyw wobec dotychczasowego establishmentu partyjnego (rządzącego, jak i opozycyjnego). Zarazem był to wyraz protestu przeciwko zamienieniu samorządu gminnego w miejsce pracy i szczebel w karierze zawodowej polityków, skupionych wokół partii albo odwiecznych włodarzy, których interesuje tylko umacnianie i utrzymywanie władzy.

Właśnie takiego wzorca Sevres aktywności miejskiej brakuje w Białymstoku. Co więcej, im bardziej inne miasta się do niego zbliżają, tym bardziej stolica Podlaskiego się oddala. Paradoks jest tym większy, że Białystok ma naturalną bazę do inicjowania wszelkich zmian - społeczność akademicką. Jak pokazuje przykład krajów zachodnich, to z tego środowiska rodziła się chociażby idea społeczeństwa obywatelskiego. U nas cisza.

Jak zauważył w ostatnim "Obserwatorze" prof. Andrzej Sadowski brakowało w Białymstoku w ćwierćwieczu ruchu społecznego, który aktywizowałby mieszkańców przy realizacji wielu potrzeb zbiorowych lub przy rozwiązywaniu problemów społecznych, takich jak: bezrobocie, bezdomność, bieda lub spory wokół lokalizacji hipermarketu, sklepu alkoholowego, debaty wokół ulic, usytuowania domów itp. Jeśli już dochodziło do zrywu, to był on krótkotrwały i kończył się zazwyczaj po ustaniu konfliktu z władzami. Bez względu na to, czy ostateczne rozwiązanie było po myśli mieszkańców (sprawa osiedla kontenerowego), czy też zakończyło się ich porażką (sprawa spalarni).

Ta inercja wynika poniekąd z dość mocno zakorzenionego konserwatyzmu. Nie tyle w sensie poglądu na świat, co raczej form zachowań wyborczych. Pokazała to ostatnia elekcja samorządowa. Białostoczanie, którzy poszli do urn, nadal chcieli zdawać się na tradycyjne partie. Niby narzekają, że nie ma na kogo głosować, że od lat te same twarze, choć w innych konfiguracjach, ten sam spór partyjno-towarzyski, ale jak przychodzi do próby, to nadal kierują się utartymi schematami.

Co więcej, bez aktywne zaangażowania ze strony podmiotów partyjnych czy instytucjonalnych nie mają szansy powodzenia akcje obywatelskie o zasięgu znacznie szerszym niż tylko wolontariat lub pomoc charytatywna. Udowodniło to już referendum przeciwko sprzedaży MPEC-u, potwierdziły dobitnie listopadowe wybory.

Wystartowało w nich osiem komitetów, o trzy więcej niż przed czterema laty. Nie byłoby tego przyrostu, gdyby mimo wszystko nie referendum w sprawie MPEC-u. Wyzwoliło ono potencjał, który jednak w ostatecznym rozrachunku nie przełożył się na jakość oferty wyborczej. Inna sprawa, że start niektórych ugrupowań - zwłaszcza w kontekście (nie)prowadzonej przez nich kampanii, był nieporozumieniem. Trudno też za nową jakość uznać komitet prezydencki czy Rozbudźmy Białystok. Pierwszy był emanacją - podszytą retoryką o bezpartyjności - urzędniczych nadziei na zachowanie status quo, drugi przez afiliację z działaczami PSL próbą zaistnienia ludowców w środowisku wielkomiejskim.

Białostoczanie nie byli też w stanie - w przeciwieństwie nie tylko do gorzowian - z sami z siebie zainicjować ruchu miejskiego, który znalazłby ujście w aktywności będącej pokłosiem prawa wyborczego. Do tego stopnia, by już jesienią ubiegłego roku zakwestionować - mającą ponad dwie dekady - logikę sceny samorządowej. Bardziej skoncentrowali się na idei budżetu obywatelskiego, choć ten był tylko namiastką decyzyjności, a nie realnym wpływu na finanse i rozwój miasta. Dlatego, gdy na zachodzie kraju powiał wiatr odnowy, na wschodzie nadal constans.

Z tej perspektywy wynik wyborów w Białymstoku nie jest jakościową zmianą. Raczej konsekwencją wychylenia wahadła wyborczego w stronę kohabitacji. Opozycyjna wobec prezydenta większość PiS w radzie miasta przywraca równowagę między władzą wykonawczą a uchwałodawczą. Jej granicami może być minimalna współpraca lub nieustające konflikty. Ale to nadal jest ten sam zamknięty krąg (choć na swój sposób też przekonfigurowany) zazdrośnie strzegący dostępów do zaklętych rewirów samorządności. Jak długo?
To zależy od tego, czy białostoczanie będą mieć już teraz determinację do aktywności, która dopiero za cztery lata może (choć nie musi) przynieść owoce. Na progu nowego ćwierćwiecza w dziejach samorządności brak jeszcze symptomów takiej zmiany. To pierwsze, które 25 lat temu zrodziło gminę jako niezależny od władzy państwowej byt ustrojowy z własnym budżetem, zasobem komunalnym i urzędniczym, kończy się - jak powiedział w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" jeden z współtwórców reformy samorządowej prof. Jerzy Stępień - rozziewem między pierwotną wizją a dzisiejszym obrazem Polski lokalnej. W skali kraju w dużych miastach odzwierciedla to malejąca z każdymi wyborami samorządowymi frekwencja. W przestrzeni publicznej Białegostoku - zamknięta brama ogrodzenia Pałacu Branickich podczas dni miasta.

Czytaj e-wydanie »

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Kurier Poranny
Dodaj ogłoszenie