Białystok. Proces ws. śmierci dwóch strażaków, którzy zginęli w pożarze. Dowódcy się pokłócili? "Dlaczego ich wpuściłeś?"

Andrzej Matys
Andrzej Matys
Pożar magazynu w Dojlidach nagrany z drona
Pożar magazynu w Dojlidach nagrany z drona Paweł Jakubik
W czwartek (29.07) przed białostockim sądem rejonowym na dobre zaczął się proces strażaka, który dowodził gaszeniem pożaru magazynu ze sztucznymi kwiatami. Zginęło wtedy dwóch jego kolegów. Do tragedii doszło 25 maja 2017 roku. Wczoraj sąd przesłuchiwał pierwszych świadków: właściciela magazynu i dwóch strażaków.

Pierwsza rozprawa odbyła się w marcu, ale ponieważ spotkała się z ogromnym zainteresowaniem mediów, sędzia zdecydował, że dziennikarze nie mogli pozostać na sali. Oskarżonym w procesie jest strażak dowodzący tamtą akcją. Prokuratura zarzuca mu złe rozpoznanie konstrukcji budynku (chodzi o podwieszany sufit), której część załamała się pod ofiarami. Oskarżony nie przyznaje się do winy. Grożą mu dwa lata pozbawienia wolności.

Czytaj również: Ruszył proces w związku z tragicznym pożarem, w którym zginęło dwóch strażaków z Białegostoku

Śledczy, na podstawie m.in. zeznań świadków, zapisów nagrań rozmów z rejestratora PSP w Białymstoku i opinii biegłego pożarnika, uznali, że dowodzący akcją źle rozpoznał zagrożenie. Nie zebrał dostatecznych informacji o konstrukcji i umiejscowienia podwieszanego sufitu w magazynie. Podczas czwartkowej rozprawy kwestia konstrukcji sufitu była przywoływana wielokrotnie.

Tragedia na Dojlidach. Zginęło dwóch strażaków [WIDEO]

Jako pierwszy zeznawał właściciel firmy handlującej sztucznymi kwiatami, który dzierżawił magazyn w Dojlidach. Mówił, że gdy pojawił się ogień, w obiekcie nikogo nie było. On wyszedł, jako ostatni, a po 10 minutach usłyszał huk i zobaczył dym. Natychmiast zadzwonił pod nr 112. Pierwszy wóz przyjechał szybko, a on od razu poinformował strażaka, że w magazynie jest podwieszany sufit, który pod wpływem ognia może się zawalić.

Zapewnił, że gdy przyjeżdżały kolejne wozy i zmieniali się dowódcy akcji, każdego ostrzegał o zagrożeniu, jakie stwarza podwieszany sufit. Mówił, że w magazynie nie ma materiałów niebezpiecznych, ani gazu, gdzie są wejścia i gdzie jest wyłącznik prądu itp. Próbował powstrzymać strażaków przed wejściem do budynku, ale ponieważ w pewnym momencie został odprowadzony na bok nie widział kiedy weszli. Dopiero później dowiedział się, że zginęły dwie osoby.

Wspomniał, że chyba doszło do kłótni między pierwszym dowodzącym, czyli oskarżony, a ostatnim - ówczesnym zastępcą komendanta miejskiego Państwowej Straży Pożarnej. Miało wtedy paść pytanie: Dlaczego ich wpuściłeś?

Czytaj również: Tragiczny pożar na Dojlidach. 25 maja w pożarze magazynu zginęło dwóch strażaków

Były dziś wiceszef białostockich strażaków stwierdził, że nie krzyczał na oskarżonego, choć mógł mówić podniesionym głosem. Nie pamiętał, czy miał pretensje o to, że oskarżony wpuścił strażaków do magazynu. O podwieszanym suficie słyszał od właściciela hurtowni, z którym rozmawiał i od oskarżonego. Przyznał jednak, że nie wiedział jednak, czy roty przebywające w magazynie miały informację o podwieszanym suficie i zagrożeniu jakie może stwarzać.

Gdy dowiedział się, że nie ma kontaktu z dwoma strażakami, nakazał (po rozpoznaniu budynku) ich szukać. Pierwsza rota nikogo nie znalazła, a druga po około dziesięciu minutach wyprowadziła pierwszego, którym natychmiast zajęli się lekarze. Niestety resuscytacja zakończyły się niepowodzeniem. Wkrótce znaleziono drugiego strażaka. Obydwaj mieli na sobie odpowiednie ubrania i sprzęt do oddychania.

Czytaj również: Białystok. Pożar na Dojlidach. Zginęło dwóch strażaków. Są pierwsze prokuratorskie zarzuty (zdjęcia)

Przypomnijmy. To był pierwszy tak dramatyczny wypadek z udziałem podlaskich strażaków od 1992 roku, czyli od powołania Państwowej Straży Pożarnej. Cztery lata temu w Dojlidach, podczas gaszenia pożaru magazynu ze sztucznymi kwiatami zginęli 26- i 29-letni strażacy z białostockiej Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 1. Po ich śmierci straż w całej Polsce ogłosiła żałobę, a do Białegostoku przyjechał Komendant Główny PSP, który powołał specjalny zespół do zbadania okoliczności tego zdarzenia.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
zły
Nie znam się na gaszeniu tylko u sąsiadów było podobnie ; i wiem jedno straż działa szybko , ratuje ludzi tu ratowanie mienia skończyło się tragedią . Czasem ratownik co ratuje tonącego też utonie .

Akcja trwała parę minut i tragedia , a biegli badali ją 2 lata czy więcej .

Mądrzyć się po kilku latach łatwo. Kiedyś z kolegą wycialiśmy ranny z płonącego samochodu , dopiero po paru godzinach szwagier mnie uświadomił co ryzykowałem .
Dodaj ogłoszenie