Białostocki Teatr Lalek. Samuel Beckett - Końcówka. Akt bez słów (zdjęcia, wideo)

Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Doroszkiewicz

Wideo

Udostępnij:
Ich dwóch, choć tak naprawdę ich czworo. Czy się słuchają, czy rozumieją? Czy kalectwo może być powodem, żeby igrać z ludźmi? A władza? Z przerażenia zatrzymuje się nawet czas. Białostocki Teatr Lalek pokazuje spektakl "Końcówka" i "Akt bez słów" według Samuela Becketta.

Bogdan Michalik wraz z Pavlem Hubičką i oczywiście Samuelem Beckettem zabierają widzów do nieokreślonego miejsca na ziemi. Tam, gdzie wszystko się kończy, właściwie nie ma nadziei. Świat jawi się jako próchniejący, wykrzywiony ze starości, a może ze zmęczenia życiem. Ale żyć jakoś trzeba. Tylko czy koniecznie trzeba do końca życia krzywdzić innych?

Samuel Beckett wszak to nie tylko dramaturg, ale i filozof. Iluż widzów, tyle pewnie będzie interpretacji „Końcówki”, czyż zatem nie można pokusić się o stwierdzenie, że to komediodramat o przemocy, sztokholmskim syndromie, starości, która może upokarzać doświadczające jej osoby albo być wytłumaczeniem bezinteresownego okrucieństwa?

W centrum gruzowiska, które dawniej musiało być raczej domem opływającym w dostatki, jest on - Hamm. Ślepy, przykuty do wózka inwalidzkiego, ale niepodzielnie rządzący otaczającym światem. Mimo niedomagań fizycznych brutalny, wręcz chamski. Swego sługę, opiekuna, wychowanka i Bóg z Beckettem na spółkę raczą wiedzieć jeszcze kogo, traktuje gorzej jak psa. Strofuje, kaprysi, obraża, prorokuje ślepotę i odrzucenie. Nie da się ukryć, że niesamowita gra emocjami, igranie z drugim człowiekiem, przechodzenie od zachwytu nad sobą, swoją twórczością do całkowitej rezygnacji w wydaniu Artura Dwulita zagrane są po mistrzowsku. Nie na darmo reżyser przekonywał, że aktorzy w „Końcówce” muszą grać ćwierćtonami. Przerażająco okrutny, a jednocześnie osamotniony w ślepocie, bez przyjaciół, nienawidzący własnych rodziców - Hamm Dwulita ma prawo hipnotyzować i przyciągać uwagę. Nawet jako sprawca przemocy domowej i dwustuprocentowy mobber.

Ryszard Doliński jako Clov ma łatwiejsze zadanie. Widzieliśmy go już na scenie Białostockiego Teatru Lalek w takiej sytuacji wielokrotnie. Dzięki tekstowi Becketta ma szansę ironizować, powątpiewać z idiotycznych poleceń, odgrywać komedię z drobniutkich gestów i kłamstewek. Ale nie jest tu sowizdrzałem. Wręcz przeciwnie. Jego postać jest równie tragiczna. Chciałby odejść od swojego pana, wychowawcy, dobrodzieja, ale zdaje się być klasyczną ofiarą uzależnienia od oprawcy. I to, jak z nastroju w nastrój popada Clov Dolińskiego, zasługuje na uznanie. Szczególnie, że musi grać osobę zniedołężniałą, pamiętać, że ciało musi być posłuszne wizji i dramaturga, i reżysera.

I wreszcie rewelacyjny pomysł wykorzystania zamiast dwóch kubłów na śmieci - jednego kontenera. W nim uwięzieni rodzice ślepca - w tych rolach w trupio-wampirycznym makijażu Łucja Grzeszczyk i Michał Jarmoszuk. Ten ostatni domaga się pocałunku, chce się dzielić sucharkiem, wreszcie opowiedzieć dykteryjkę, by tylko rozbawić swoją żonę. Mimo że są ofiarami przemocy ze strony ślepego i chromego syna, zachowują niezwykły spokój ducha, wzajemny szacunek, wręcz miłość, może nie do grobowej deski, ale na pewno klapy kontenera na śmieci. Swoje role grają znakomicie, nie parodiując starości, po prostu grając zniedołężniałych, ale pełnych chęci życia ludzi. Pokonujących ułomności, by cieszyć się najmniejszą chwilą, owym wspólnym kawałkiem sucharka.

Czy sprawca przemocy wobec opiekuna, rodziców zostanie ukarany? „Wszystko tu śmierdzi trupem” mówi z gorzką ironią Hamm. W ostatnim monologu Beckett wkłada w usta Hamma konkluzję, iż by w końcówce ostatecznie nie przegrać, grę trzeba przerwać. I to on sam symbolicznie, opuszczony przez wszystkich, zakryje sobie głowę zakrwawioną chustką. Bez odkupienia, prośby o wybaczenie. Znużony totalnym rozpadem, wizją pustki, o której mógł słyszeć tylko od Clova, zamienia konsekwentnie swój świat w pustkę. Jest egoistą do samego końca.

O tym, że nie ma dla nas nadziei, jeszcze dobitniej przypomina „Akt bez słów”. Krótka etiuda marionetką w wykonaniu Łucji Grzeszczyk, zresztą pod czujnym okiem Lesława Piecki, to już tylko symboliczny przekaz totalnej samotności człowieka. Czy takie jest życie, każdy musi zdecydować sam, ale na pewno taki jest Samuel Beckett i jego wizje świata. Świata, w którym nie widać już niczego na horyzoncie, świata określonego przez scenografa Pavla Hubičkę także przy pomocy stosownych artefaktów - „światem spalonych obrazów”.

Jedyne spektakle w październiku BTL zaplanował na 4 i 6 października.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
op

słaby i nnudny spektakl

niewykorzystani aktorzt. az dziwne ze tak dobry rezyser to zrobil.

a gra dziekana to zenada...

Dodaj ogłoszenie