Andrzej Beya Zaborski: Dobry aktor rutynę odsunie na bok

Urszula Krutul [email protected]
Andrzej Beya Zaborski na tle portretu kreowanego przez siebie komendanta w filmowej trylogii "U Pana Boga".
Andrzej Beya Zaborski na tle portretu kreowanego przez siebie komendanta w filmowej trylogii "U Pana Boga". Fot. Andrzej Zgiet
O świętach, aktorstwie i relacjach między-ludzkich, opowiada aktor Andrzej Beya Zaborski.

Andrzej Beya Zaborski

Andrzej Beya Zaborski

urodził się 7 marca 1951 w Wałbrzychu. Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, a także reżyser teatralny. Mieszka w Białymstoku. Jest absolwentem PWST w Warszawie Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Jako aktor-lalkarz zatrudniony w Białostockim Teatrze Lalek. Wykreował mnóstwo świetnych ról. Zagrał m.in. Wojaka Szwejka czy Pana Fajnackiego. Szerszej publiczności stał się znany dzięki roli komendanta policji w Królowym Moście w filmie "U Pana Boga za piecem" Jacka Bromskiego (pierwsza część trylogii filmowej mieszczącej również "U Pana Boga w ogródku" i "U Pana Boga za miedzą").

Czy aktor ma święta?

Anrzej Beya Zaborski:Teraz już tak. Kiedyś było tak, że graliśmy zawsze w święta. Wszyscy siadali do stołu, do rodzin, a my na drugi dzień jechaliśmy do pracy. Człowiek na pierwszy dzień nie mógł sobie nawet pofolgować (śmiech). Tak samo sylwester. Dopiero chyba trzeci rok nie pracuję.

W tym roku spędzi Pan święta z rodziną.

Dokładnie tak. A zaraz po nich wyjeżdżamy z małżonką do Kołobrzegu odpocząć i zregenerować siły. Ona uwielbia morze, ja nie. Zawsze będąc tam zastanawiam się komu tyle wody jest potrzebne (śmiech). A poza tym święta jak święta. Trzeba się odchudzać, lekarze naciskają...

W takim razie na stole dietetyczne dania?

A gdzie tam! Musi być swojska kiełbasa, szynka, mazurek, żurek, jajka, kaczka. Jakoś będzie. Trzeba przeżyć i przejeść.

A co podczas tych świąt Pana najbardziej cieszy? Właśnie ta rodzinna atmosfera?

Tak. Niby się często widujemy z rodziną, bo wszyscy mieszkają tutaj na miejscu - i syn i córka i pozostały przychówek. Ale na co dzień jest inaczej. Żona umyła okna, przystraja dom. I jest sympatycznie. A dla tych, co wszystko organizują - wiadomo, że to gonitwa, harówka i jak święta przyjdą, to człowiek jest zmęczony.

Jakie tradycje są u Pana na święta?

Jest po bożemu, tak jak było u mnie w domu. Jak byłem dzieckiem czy młodzieżowcem, to biliśmy się na jajka - taczaliśmy je z górki. Dziś tego już nie ma. A śmigus dyngus przerodził się w takie trochę kibolskie lanie wody na siłę, robienie komuś krzywdy. Zamiast polewania miłego i symbolicznego. Czyli tradycja niby jest w narodzie, ale skłania się nie w tę stronę, co trzeba.

Pan spędzi święta rodzinnie, ale na scenie ostatnio wszedł Pan w skórę mężczyzny, którego po 20 latach małżeństwa chce zostawić żona. Co czuje taka osoba?

To zależy od tego, jakie było te 20 lat, które razem przeżyli. Czy ma do czego wracać i czy w dalszym ciągu darzy uczuciem tę drugą osobę, czy te 20 lat kojarzy mu się z pasmem porażek, kłótni, nieporozumień.

Pytam w kontekście spektaklu "Krzywa wieża", który z Pana inicjatywy pojawił się na deskach Białostockiego Teatru Lalek. Bohaterów tej sztuki łączy na pozór mało.

Problem tych osób polegał raczej na tym, że nigdy się przed sobą nie odkryli do końca, nie potrafili ze sobą rozmawiać. A teraz rozmawiają jak kumpel z kumplem. Wcześniej nigdy tego nie robili. Żyli niby razem, a jednak gdzieś z boku. Ona marzyła o czymś innym, miała inne zainteresowania. On nie pomagał jej w ich realizacji. I wice wersa.

Byli dla siebie takimi ciepłymi papuciami. Każdy szedł swoją drogą do punktu kulminacyjnego, w którym nie wytrzymali. Nie wiem, czy ona udawała, że od niego odchodzi, grała, czy rzeczywiście doszła do wniosku, że powinna go zostawić. To jest taki znak zapytania - dla nas i dla widzów. Chcieliśmy, żeby tak to odebrali.

Świetnie Pan się sprawdził w tej roli. A pamięta Pan pierwszy moment, w którym stanął Pan na scenie?

Szczególnie w pamięć zapadł mi mój dyplom szkolny. Musiałem się zmierzyć i z rolą, i z publicznością. To były "Pastorałki" Leona Schillera reżyserowane przez mojego profesora, guru i mistrza Jana Wilkowskiego. A później jeszcze był "Wielki Iwan", gdzie zagrałem tytułową rolę.

Co Pan wtedy czuł?

Jak człowiek ma mało lat, trochę temperamentu i chęci, to nie za bardzo się nad tym zastanawia. To takie parcie bez refleksji. Dopiero dzisiaj, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć coś o emocjach jakie towarzyszą pojawianiu się na scenie. I od razu przychodzi mi na myśl, że im jestem starszy, tym jest gorzej. Młody człowiek się nie zastanawia - liczy się sama czysta energia. Człowiek, który ma jakieś tam doświadczenie, perspektywę, zaczyna się obawiać przede wszystkim tego, że nie podoła, że coś nie wyjdzie. Młody o tym nie myśli.

Wbrew pozorom człowiek w tym zawodzie, który ma większy staż, jest w gorszej sytuacji. Weźmy takiego lekarza. Chirurg im starszy, tym lepszy, bo ma większe doświadczenie, fachowość. A tutaj nie, człowiek się boi, żeby to, co robi nie było żenujące, żeby sprostać zadaniu.

Doświadczenie może się przerodzić w rutynę?

Dobry aktor zawsze rutynę odsunie na bok. Ona przychodzi wtedy, kiedy człowiek nie traktuje tego zawodu z pasją. Używa standardowych środków, robi to po łebkach. A jeśli ten zawód traktuje się jako misję i przygodę - jak to jest w moim przypadku, gdy jeszcze mnie to bawi - to jest dobrze. Dla mnie każdy spektakl to przygoda. Lubię surfować pomiędzy uczuciami moimi a widowni. Nie chcę popaść w rutynę.

Pasja chyba też może przeminąć?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jeśli ktoś się znudzi tym zawodem, to może nawet pasja przeminie. Tak jak w małżeństwie. Kiedy nie ma pasji, znaczy, że coś przeminęło, przerodziło się w rutynę. Kiedy gram, to za każdym razem wybieram się na wojnę - ja albo widz - kto kogo przekona, kto kogo przykuje do ziemi. Nie tylko widz, ale też i aktor powinien uwierzyć w tę postać na scenie, zobaczyć, że ona żyje swoim życiem, ma swoje problemy.

A emocje na scenie. Są prawdziwe, czy trochę wyuczone?

Mogą być wyuczone. Ale ja się nigdy nie zastanawiam nad tym. Gram na tyle, ile w danym dniu starczy mi prawdziwych emocji. Zawsze dążymy do jakiegoś poziomu. Powstał spektakl, wiemy jaki ma poziom i problem polega na tym, żeby nigdy on nie poszedł niżej. Wyżej tak, ale nigdy niżej.

Trudno po roli wrócić do normalnego życia?

Zależy od tego jak gramy. Jeżeli robimy to na prawdziwych emocjach, to trudno. Często jest tak, że kończy się spektakl i aktor mówi "dobra, to jedziemy do domu i fajrant". Ale jeśli gdzieś tam wewnątrz jakąś strunę się trąciło kilka razy, jeszcze te rozedrganie gdzieś jest, a adrenalina pulsuje w człowieku, to jest ciężej.

W "Krzywej wieży" emocje były prawdziwe. Podobnie jak łzy?

Tak. Rozpłakałem się do tej pory dwa razy. Bo nie zawsze muszę płakać. Poza tym to nie jest takie hop siup. Musi zajść pewien proces psychologiczny, muszę przebyć pewną drogę. Jeżeli ta droga jest krótsza, to jest bardzo ciężko wywołać w sobie tego rodzaju uczucie. Jeżeli jest dłuższa, to wszystko się potęguje i zbiera, to jest łatwiej.

A łatwiej wykrzesać z siebie na scenie wewnętrznego bydlaka, czy się rozpłakać?

No nie, no bydlaka (śmiech). Przynajmniej w moim przypadku. Każdy z nas chyba jest większym bydlakiem... Wydaje mi się, że łatwiej jest wzbudzić w nas złe emocje. Nawet jak się obserwuje życie codzienne. Jedziemy samochodem, ktoś zajeżdża nam drogę to prędzej go wyzwiemy niż powiemy " gdzie jedziesz kochany". Jesteśmy od razu gotowi, mamy w sobie adrenalinę, żeby kogoś opierniczyć.

Którą ze swoich postaci lubi Pan najbardziej?

Każdą. Bardziej lubię te postaci, które przyniosły mi jakąś tam popularność, która w tym zawodzie jest nieodzowna. Bo w końcu żyjemy z twarzy. Jak człowiek jest popularny, to łatwiej mu coś osiągnąć. I niekoniecznie mówię tu o sukcesie, bo nie zawsze w tych kategoriach należy na to patrzeć. Mam takie dwie postaci które uwielbiam. To Pan Fajnacki, który został zrealizowany przez Wojtka Szelachowskiego i stał się bohaterem dziecięcym.

Pamiętam, jak biegały za mną dzieci krzycząc "Pan Fajnacki", a ja poczułem się jak wielka gwiazda z Hollywood. I oczywiście Henryk z trylogii "U Pana Boga", który dał mi popularność. Co nie znaczy, że nie lubię postaci, którą gram obecnie w "Krzywej wieży". Ja ją uwielbiam. Tam jest tyle do grania, że w niektórych przedstawieniach przez wiele lat człowiek nie miał tyle do powiedzenia. I tyle różnego rodzaju emocji do pokazania. Ta postać jest tak bogata wewnętrznie, jeśli chodzi o emocje, że to sama frajda grania, samograj.

A komendant trochę Panu nie ciążył w pewnym momencie?

Nigdy. A dlaczego? Ciąży wtedy, kiedy nie pozwala funkcjonować w życiu zawodowym czy prywatnym, jak człowiek sam siebie zaszufladkuje. Ale mi to w niczym nie przeszkodziło.

A kogo by Pan chciał jeszcze zagrać?

Chciałbym się zmierzyć z bardzo dramatycznym tekstem. Kiedyś chciałem zagrać jakiegoś szpiega albo detektywa który tropi afery. Ale już za stary jestem (śmiech). Lubię grać krwiste postaci. Które są charakterystyczne. Nie lubię takich miałkich, osadzonych w dziwnych realiach. Do "Krzywej wieży" się długo przymierzałem. Urzekł mnie tekst i to, że jest to opowieść na dwie osoby. Bardzo mnie też interesowało zderzenie z widownią. Jak to będzie funkcjonowało. Czy widz wytrzyma te półtorej godziny i czy w to wejdzie.

Wszedł.

I Bogu dzięki. To duży sukces.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie