Agnieszka Kadysz. Sześć tygodni na Tajwanie

Agata Sawczenko asawczenko@poranny.pl tel. 85 748 96 59
Agnieszka Kadysz
Agnieszka Kadysz Archiwum prywatne
Tajfun, trzęsienie ziemi - to dla Tajwańczyków chleb powszedni. W ogóle się tym nie przejmują. Myślą przede wszystkim, by w tym czasie się nie nudzić - Agnieszka Kadysz opowiada o swojej podróży do Azji.

To było marzenie życia Agnieszki Kadysz. Tego lata się spełniło. Spędziła sześć tygodni na Tajwanie. Fascynacja Azją i kulturą Wschodu zaczęła się, gdy do II LO, w którym się uczyła, przyjechała grupa zagranicznych wolontariuszy. Opowiadali o swoich kulturach, uczyli angielskiego.

- A ja najbardziej zaprzyjaźniłam się z chłopakiem właśnie z Tajwanu - opowiada Agnieszka.

Przypomniała sobie o nim po kilku latach, kiedy zobaczyła jego zdjęcie u koleżanki na facebooku. - Zaprosiłam go do znajomych, a on zaczął mnie namawiać, bym tym razem ja przyjechała na wolontariat do Tajwanu. Agnieszka działa w studenckiej organizacji AIESEC, a tam nie ma problemu ze znalezieniem ofert na wolontariat. Koniecznie chciała jechać do Azji. Myślała o Japonii, Korei, ale wymagania były tak wysokie, że jako studentka pierwszego roku nie była w stanie ich spełnić. Padło więc na Tajwan.

Zaczęła wysyłać maile ze swoją ofertą: - Takie krótkie, żeby nikogo nie zanudzać - uśmiecha się. Przyjęto ją na wolontariat, gdzie miała prowadzić zajęcia dla licealistów. - Ale wyjechać miałam za dwa tygodnie! Trzeba było działać.

Rodzice zajęli się biletami na samolot, a ja starałam się zaliczyć wszystko na studiach za pierwszym podejściem. Udało się. Choć nie wiem, jakim cudem - śmieje się.

Uczyła licealistów

Pojechała na sześć tygodni. Przez pierwsze dni mieszkała z trzema tajwańskimi studentkami. Zwiedzała, zaznajamiała się ze zwyczajami. Potem przeprowadziła się do akademika. Tam poznała pozostałych wolontariuszy, którzy brali udział w projekcie. Razem spędzili tydzień na układaniu planu zajęć dla tajwańskiej młodzieży. Od początku wymyślali tematy poszczególnych sesji, które miały dotyczyć kultury, tzw. miękkich umiejętności i problemów światowych.

- Bardzo się cieszyłam, że organizatorzy dali nam w tym wolną rękę, zamiast gotowych scenariuszy zajęć. To sprawiło, że zwyczajnie czuliśmy to, o czym rozmawialiśmy z licealistami.

Na zajęciach starała się nie stawiać tez, nie narzucać swojego sposób myślenia, ale raczej zachęcać do myślenia, szukania rozwiązań. I choć wnioski na koniec były podobne do tych, które wciągnęłyby młodzież z Europy, to sposób myślenia, argumenty często Agnieszkę zadziwiały i zaskakiwały.

Zresztą tych rzeczy, które dziwiły i ciekawiły było o wiele więcej. Przecież Tajwan to zupełnie inna kultura, zupełnie inni ludzie niż u nas.

- Przede wszystkim bardzo nieśmiali. A zarazem bardzo pomocni, życzliwi. Nigdy chyba nie zapomnę dwójki studentów, którzy wyszli po mnie na lotnisko. Albo nie znali angielskiego, albo wstydzili się mówić w obcym języku, bojąc się, że zrobią błędy. Jednocześnie tak bardzo chcieli mi wszystko pokazać, pomóc zaaklimatyzować się w nowym miejscu. To było cudowne

W restauracji taniej niż w pubie

Agnieszka przez większość czasu mieszkała w nowym Taipei. I to miasto zwiedziła najbardziej.

- Gdy się jedzie na praktyki czy wolontariat organizowane przez AIESEC, można być pewnym, że nie zostanie się pozostawionym samemu sobie. Zawsze jest osoba, do której można się zwrócić o pomoc, która pokaże miasto i dotrzyma towarzystwa.
Tak było i tym razem. Już pierwszego dnia nowi znajomi zabrali Agnieszkę do restauracji. Bo tam nawet młodzi ze znajomymi chodzą nie do pubu, ale właśnie do restauracji. I rzadko gotują w domu. W restauracji jest po prostu taniej. Duży sycący posiłek można zjeść już za 4 zł. Oczywiście, zgodnie ze stereotypami, głównym składnikiem każdej potrawy jest ryż. I często jest on nawet za darmo. Można go nakładać, ile się chce.

Tajwańczycy jedzą też dużo nudli. Mają one różny smak.

- Gdy wybiera się z menu nudle na przykład z wieprzowiną, okazuje się, że tych nudli jest z 10 rodzajów - opowiada Agnieszka.

Natomiast ziemniaków raczej się tam nie je. Tak samo warzyw. Są bardzo drogie.

- Ale za to Tajwańczycy są przekonani, że to oni wymyślili pierogi. Są bardzo tanie, duże, prostokątne. Smażone i zawsze z mięsem. Nie mogli sobie wyobrazić, gdy opowiadałam, że w Polsce je się pierogi również z owocami. Byli zdziwieni takim wynalazkiem - śmieje się Agnieszka.

Tajwańczycy też najczęściej jedzą chodząc. Popularne są tam minirestauracyjki czy po prostu stragany, gdzie można zamówić posiłek. W każdym sklepie można też kupić mrożoną herbatę. Czarną, czerwoną, zieloną, słodzoną, z miodem. Wszystkie aromatyczne, smaczne.
Agnieszka piła najchętniej herbatę z mlekiem i owocowymi czarnymi żelkami. - Dostaje się duży plastikowy kubek owinięty folią, grubą słomkę i reklamóweczkę, żeby wygodnie zwiesić na ręku. Smak jest niesamowity.

Niemal wszędzie stoją tu też automaty z wodą, która jest za darmo.

- To wynika z klimatu. Jest tam naprawdę strasznie gorąco. Od razu po wyjściu spod prysznica ma się ochotę na następny - mówi Agnieszka.

Stragany czynne od rana do północy

Wizytówką Tajwanu są nocne markety. To całe uliczki straganów, które są otwarte od 9 wieczorem niemal do północy. To tam kwitnie życie towarzyskie.

- Na straganach można kupić niemal wszystko: ubrania, jedzenie na wynos. Ale również rybki, które klient najpierw samodzielnie łowi. Są też stragany z grami hazardowymi, strzelnice, gdzie się celuje do nadmuchanych baloników.

Stragany nierzadko zajmują całe chodniki. Dlatego nikogo tam nie dziwi, że ludzie chodzą po ulicach.

- Często są nawet namalowane specjalne pasy, wskazujące, gdzie można chodzić - mówi Agnieszka. - Mimo, że Taipei to prawdziwa metropolia. Ulice są bardziej wielkomiejskie niż w Warszawie. I bardziej zatłoczone. Podstawowym środkiem komunikacji są tu skutery - łatwiej je zaparkować.

- Nie dziwił mnie widok dwóch osób jadących na jednym skuterze. Ale już matka z trójką dzieci i psem - tak - wspomina Agnieszka.

Europejka jest ideałem urody

Przyznaje, że jako cudzoziemka wzbudzała zainteresowanie.

- Kiedyś stałam sobie pod jednym z najwyższych budynków świata, który jest właśnie w Taipei. W pewnej chwili wyszło z niego kilku mężczyzn po pięćdziesiątce. Widać było, że tam pracują. Dlatego zdziwiłam się, że zaczęli się fotografować. Po chwili zorientowałam się, że usiłują sobie zrobić zdjęcie ze mną! Byli przeszczęśliwi, gdy zapozowałam z nimi - opowiada Agnieszka. Potem już takie sytuacje jej nie dziwiły.

- Europejski typ urody jest dla nich ideałem. Dzięki temu, że mam duże oczy i długie włosy, dostawałam bardzo dużo zniżek w różnych miejscach. Raz nawet dostałam ofertę pracy - śmieje się dziewczyna.

Jej zdjęcie na pierwszej stronie opublikowała też najbardziej poczytna tajwańska gazeta: - Brałam udział w święcie kolorów. To indyjskie święto na powitanie wiosny, ale jest coraz bardziej popularne na całym świecie. Polega tak naprawdę na dobrej zabawie. Jego uczestnicy dostają barwioną na najróżniejsze kolory mąkę i sypią nią na siebie. Im bardziej się jest brudnym, tym fajniejsza zabawa. Okazało się, że byłam najchętniej fotografowanym i filmowanym uczestnikiem tego święta. Trafiłam nie tylko do gazety, ale też jestem na promocyjnym filmiku - mówi.

Nie boją się tajfunów

Agnieszka na Tajwanie przeżyła też chwile grozy: tajfun i trzęsienie ziemi.

- Choć gdybym była zdana sama na siebie, to zestresowana byłabym o wiele bardziej. Bo Tajwańczycy do tajfunu i trzęsienia ziemi podchodzą bez emocji. To dla nich jak dla nas śnieg.

Tajfuny są oczywiście zapowiadane w prognozie pogody. - Wolontariusze z mojego projektu narobili sobie zapasów jedzenia i zabarykadowali się w akademiku. A mnie akurat zaprosił do siebie kolega, który był na wolontariacie w Białymstoku, gdy chodziłam jeszcze do liceum. Spędziliśmy razem czas, on poszedł do pracy, a ja zostałam w centrum. Tam zastał mnie tajfun. Jak to jest? Jak u nas jesienią: deszczowa, wietrzna pogoda. Tajwańczycy w ogóle się tym nie przejmują. Wszyscy siedzą na zewnątrz, nic nikogo nie obchodzi. W nocy faktycznie wiał mocny wiatr. Wywalał drzewa. Pozrywał oświetlenie.

- A rano wszystko wróciło do normy. Oni są przyzwyczajeni, że muszą posprzątać, naprawić szkody i normalnie żyć. Nawet sklepy - mimo braku prądu - są otwarte. Kasjerzy siedzą i dzielnie spisują na karteczkach, co kto kupił i i ile zapłacił. U nas byłoby to nie do pomyślenia. Zresztą nawet jak jest tajfun, to wszystkie restauracje, kina, centra handlowe są otwarte. Ludzie nie chcą siedzieć w domu, bo się nudzą, a nie mogą wyjść na zewnątrz, bo jest niebezpiecznie.

A trzęsienie ziemi?

- To uczucie, jakby się siedziało na wirującej pralce. Nikt z Tajwańczyków się tym nie przejął - mówi Agnieszka. Przejmują się za to deszczem. - Nawet jak kropi... Nawet jak widzą chmury, z których może padać, wyciągają parasole - śmieje się Agnieszka. - Wierzą, że deszcze są tak kwaśne, że jeżeli napada im na głowę, to wyłysieją. Więc noszą ze sobą parasole zawsze i wszędzie.

- Było wspaniale - mówi Agnieszka. - Ale zamieszkać tam na stałe bym nie mogła. Co prawda ludzie faktycznie są tam mili i przyjaźni, to jednak - jakby nie było - Tajwan jest państwem kolektywistycznym. Jeden za wszystkich, ale już niekoniecznie wszyscy za jednego. Tam nie można mieć innych niż reszta przekonań, inaczej myśleć, być innowacyjnym. Nie dałabym rady żyć w takich warunkach.

Czytaj e-wydanie »

Nieruchomości z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie