70. rocznica zbrodni katyńskiej: Borzuchowscy chcą przywieźć z Katynia ziemię na rodzinny grób

Alicja Zielińska
Janusz Borzuchowski z siostrą Agnieszką (z prawej) i żoną Haliną.
Janusz Borzuchowski z siostrą Agnieszką (z prawej) i żoną Haliną. Fot. Ze zbiorów Janusza Borzuchowskiego
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Nie pamiętam swego ojca. Kiedy wyszedł z domu, miałem cztery lata. Wiedziałem, że został zamordowany przez NKWD, bo mama tę prawdę poznała już w 1943 roku - mówi Janusz Borzuchowski.

Zbrodnią katyńską określa się wymordowanie na mocy decyzji Biura Politycznego partii bolszewickiej polskich oficerów.

W kwietniu i w maju 1940 roku NKWD rozstrzelało 22 tys. jeńców z obozów w Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie oraz cywilów osadzonych w więzieniach sowieckich.

Wśród ofiar było około 400 osób z dawnego województwa białostockiego.

W sobotę wraz z żoną Haliną będzie uczestniczył w Katyniu w obchodach 70. rocznicy zbrodni na oficerach polskich.

Tadeusz Borzuchowski urodził się 25 września 1904 roku, w Czernicach, powiat Przasnysz. Absolwent Seminarium Nauczycielskiego im. Słowackiego w Lublinie, ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty. W 1926 roku został kierownikiem szkoły powszechnej w Szudziałowie.

W 1930 roku ożenił się z nauczycielką Marią Raczycką. Mieli dwoje dzieci: Agnieszkę i Janusza Społecznik, inicjował budowę pomnika Józefa Piłłsudskiego, prowadził kasę Stefczyka, udzielał porad prawnych. W każdą niedzielę przy szkole stały furmanki pełne klientów.

1 września 1939 roku został zmobilizowany do jednostki wojskowej stacjonującej w Grodnie.

Żegnała go cała wieś

-- Pamiętam pożegnanie ojca - opowiada pani Agnieszka. - Pod pocztą zebrała się cała wieś. Ludzie życzyli mu szczęśliwego powrotu i zapewniali, że będą czekali na niego. A on, dziękując za serdeczność powiedział, że odchodzi, ale pozostawia swego następcę. I wskazał na mego czteroletniego brata. Ja miałam wtedy sześć lat. Więcej ojca nie zobaczyliśmy.

Maria Borzuchowska została sama z małymi dziećmi i siostrą, bez pieniędzy. Miała tylko przyszkolny ogródek, sześć uli i krowę. Szczęśliwie nie została wywieziona na Syberię. Musiała jednak wziąć na siebie ciężar utrzymania domu. Pracowała w zlewni mleka. Ale pani Agnieszka podkreśla, że przetrwali wojnę dzięki pomocy mieszkańców Szudziałowa, którzy byli im zawsze życzliwi i okazywali serdeczność.

- Do dziś pamiętam, jak przyszedł znajomy ze wsi i przyniósł bochenek chleba, bo akurat upiekli, a myśmy chleba nie widzieli wtedy od paru dni.

Kiedy weszli Sowieci, szkołę przemianowano na rosyjską. Mama nie mogła tego znieść. Zaczęła się starać o przywrócenie nauczania po polsku. Obeszła wszystkie domy, zebrała podpisy, tylko trzy rodziny się nie podpisały. Wysłała pismo do kuratorium. Odbyło się zebranie. Wystąpił sołtys i poprosił o polską szkołę, jednak sowieccy urzędnicy nie chcieli o tym słyszeć. Jacy z was Polacy, wy nawet po polsku nie mówicie. Wtedy wstał najstarszy gospodarz, zdjął czapkę i powiedział: My wszyscy Polacy, po polsku nie mówimy, bo car zabraniał. Teraz Stalin pozwala i prosimy o polską szkołę. Urzędnicy się zdenerwowali, ale ustąpili. I w Szudziałowie była polska szkoła. Jedyna w sokólskiej obłasti.

A potem przez całą okupację niemiecką Maria Borzuchowska, narażając życie, prowadziła tajne nauczanie. Zajęcia odbywały się w jej mieszkaniu w szkole i w domach uczniów. Wieś była bardzo solidarna. Nikt nie doniósł.

Wyklęte słowo Katyń

Losy Tadeusza Borzuchowskiego początkowo były nieznane. Rodzina wiedziała tylko tyle, że wraz z innymi żołnierzami został wzięty przez Sowietów do niewoli. Potem zaczęły przychodzić listy z obozu w Kozielsku.

- Ojciec przysłał cztery listy. Ostatni był z 11 lutego 1940 roku - wspomina pan Janusz. - O tym, że został rozstrzelany, mama dowiedziała się w 1943 roku, gdy Niemcy ujawnili zbrodnię NKWD. Dostała od znajomego z Krakowa wycinek z "Gońca Krakowskiego". Była tam lista z nazwiskami zamordowanych w Lesie Katyńskim.

Znajdował się na niej też Tadeusz Borzuchowski. Po wojnie mama podjęła starania o potwierdzenie śmierci męża i odzyskanie pamiątek. Z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża otrzymała odpowiedź, że został zamordowany przez Niemców. I odtąd inaczej nie można było mówić. Słowo Katyń zostało zakazane i wyklęte.

Pani Agnieszka wtrąca, że po studiach, gdy ubiegała się o przyjęcie do pracy w Klinice Chorób Zakaźnych Akademii Medycznej (przez wiele lat była tam profesorem) w ankiecie wpisała: ojciec zginął w Katyniu.

- Kierownikiem był prof. Boroń. Spojrzał przerażony, ale nie kazał zmieniać.

- Ja ojca znam tylko z fotografii - dodaje pan Janusz. Do Katynia jedzie pierwszy raz. Wie, że to będzie bolesna podróż.

- Chcemy przywieźć z tego miejsca ziemię, którą złożymy do grobu rodzinnego w Białymstoku - mówi pani Halina.

Dąb pamięci

Mieszkańcy Szudziałowa uczcili Marię i Tadeusza Borzuchowskich. W kościele została wmurowana tablica poświęcona ich pamięci. A obok szkoły, gdzie mieszkali, zasadzono dąb.

- To była wzruszająca uroczystość - podkreśla pani Agnieszka. - Przyszła cała wieś. Wspominano bardzo serdecznie ojca. Wiele osób opowiadało, jak chodzili na tajne komplety, które prowadziła mama.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

~OLO~
TA GAZETA TO JEDEN WIELKI NEKROLOG !!!!
Dodaj ogłoszenie