2500 kilometrów motocyklem przez Alpy

Julita Januszkiewicz [email protected]
To była niesamowita wyprawa. Łukasz Zgiet (na zdjęciu) i Leszek Kaźmierczuk w niesamowitym tempie pokonali alpejskie przełęcze
To była niesamowita wyprawa. Łukasz Zgiet (na zdjęciu) i Leszek Kaźmierczuk w niesamowitym tempie pokonali alpejskie przełęcze archiwum prywatne
Przełęcze z ostrymi zakrętami, ośnieżone górskie szczyty, długie tunele. Codziennie po kilkaset kilometrów. - Tempo niesamowite. Nie było łatwo, ale warto - mówi Łukasz Zgiet, białostoczanin, który wybrał się z kolegą na wyprawę motocyklem przez Alpy. - Widziałem cudowne krajobrazy, jeziora. Pozostaną mi w pamięci na zawsze.

O wyprawie w Alpy 31-letni Łukasz Zgiet marzył od zawsze. Od niemal roku mieszka w czeskiej Pradze, gdzie kieruje finansami w firmie biofarmaceutycznej. Jego pasją są rajdy motocyklowe. Razem z kolegą Leszkiem Kaźmierczukiem, bankowcem z Warszawy, zjechali kawał Polski. Apetyt jednak rośnie w miarę jedzenia.

- Zaczęliśmy zapuszczać się coraz dalej - do krajów bałtyckich, Czech, na Słowację, następnie bardziej na południe. Motocyklem zwiedziliśmy też Włochy, Chorwację i Czarnogórę - opowiada Łukasz.

Podczas tych wojaży zdarzało się im przejeżdżać nawet ponad tysiąc kilometrów w ciągu dnia. Jak mówi Łukasz, w światku motocyklowym taki wyczyn daje prawo wstępu do nieformalnego klubu, - Jego nazwy nie można jednak opublikować, w każdym razie jest tam przymiotnik "twarda"- śmieje się.

Ciągnęło go w Alpy. Chęci podsycały też opowieści kolegi Leszka o podobnej wyprawie sprzed trzech lat, na której od mroźnego deszczu w Alpach rozpruły mu się buty, spodnie oraz rękawice. A jedynym sposobem na ogrzanie się pod namiotem było wskoczenie w nocy pod prysznic. Łukasza te przygody tak fascynowały, że namówił kumpla na kolejną wyprawę w Alpy.

Najpierw trzeba było się przygotować. Ciekawych tras na motocykl Łukasz poszukiwał w internecie. - Przy jednej z nich znalazłem opis: "zakręty wiją się jak gitarowe solo Franka Zappy". Zaintrygowało mnie to. Wiedziałem, że to będzie odpowiedni kierunek - opowiada.
Ale dokładnej trasy nie miał zaplanowanej. Na mapie Alp w atlasie jedynie pozaznaczał interesujące przełęcze. Chciał z kolegą jak najwięcej z nich przejechać.

Przygotowywali też swoje motocykle, wymieniali części. To ważne. Trzeba było je bowiem dostosować do warunków, w których temperatura waha się od 5 do 35 stopni.

- Ważny był również zapas oleju silnikowego, kompresor do opon i narzędzia - dodaje Łukasz.

Wcześniej skompletowali też ubrania, dokładne mapy, namioty, śpiwory, karimaty. Uzbierało się dużo rzeczy. Cały bagaż ważył jakieś 12- 15 kilogramów. W sumie trzy kufry motocyklowe były wypełnione różnymi - mniejszymi i większymi pakunkami. No i oczywiście przed wyjazdem trzeba było się porządnie wyspać. Bo przecież podróż miała być długa i męcząca.

Gdzie będą zatrzymywać się na noclegi, nie ustalali. Wiedzieli tylko, że będą spać pod gołym niebem, na kempingach pod namiotami. Po prostu tam, gdzie wypadnie. W trasę Łukasz i Leszek ruszyli 23 czerwca z Pragi.

- Pierwszy nocleg mieliśmy jeszcze w Czechach w położonym nad jeziorem Lipno miasteczku Frymburk. Leszek jechał od rana z Warszawy. Dlatego więcej niż dwieście kilometrów nie zrobilibyśmy tego dnia - uściśla Łukasz.

Na kempingu spotkali grupę kilkunastu motocyklistów. Zdziwili się, że podróżowali pojazdami dwusuwowymi przypominającymi motorowery Simson.

- Towarzystwo do późnych godzin nocnych ostro balowało. A z samego rana, jak gdyby nigdy nic, poderwali się i po kilkuminutowym ryciu kempingowej trawy zniknęli. To dopiero kondycja - uśmiecha się Łukasz.

On w tym czasie z Leszkiem ruszyli w kierunku Austrii. I o dziwo na wjeździe na Grossglockner Hochalpenstrasse spotkali znajomych z kempingu. To popularna alpejska droga - na wysokości ponad 2 tysięcy metrów. Pnie się serpentynami do krainy wiecznego śniegu.
Ale warto było nią się wspinać. Łukasz i Leszek podziwiali niesamowicie piękne widoki. Tą malowniczą trasą dojechali do Włoch. Tam spędzili pięć dni.

- Dziennie średnio pokonywaliśmy około trzystu kilometrów po krętych, lokalnych drogach. To w zupełności wystarczało, żeby zasypiać z uśmiechem na twarzy - opowiada białostoczanin.

We Włoszech dzielni motocykliści mieli również okazję jechać słynną Passo dello Stelvio. To najwyższa przejezdna przełęcz we włoskich Alpach Wschodnich. Tędy przebiega wybudowana w latach 1820-1825 droga. Co ciekawe, właśnie tędy często ścigają się kolarze podczas wyścigu Giro d'Italia. Przełęcz jest najwyższym punktem wśród trzech wielkich Tour'ów. A trasa wykręcona 48 zakrętami o 180 stopni, z ostatnim na wysokości 2758 metrów.

Łukasz i Leszek zaliczyli także przełęcz Tonale w północnych Włoszech. Jest ona szczególnie popularna wśród amatorów białego szaleństwa. W historii Włoch odegrała ważną rolę. Podczas I wojny światowej przebiegała tu włoska linia obrony.

- Plan zakładał głównie jeżdżenie po alpejskich przełęczach. Jednak spory front atmosferyczny przechodzący w środku tygodnia przegonił nas na jeden dzień na słoneczne wybrzeże nad Adriatykiem - opowiada Łukasz.

Zatrzymali się więc w Grado. To miasto położone na lagunie nad Morzem Adriatyckim. Przez turystów z Austrii, Czech i Niemiec jest nazywane "pierwszą plażą Adriatyku", bo mają oni tu najbliżej.

- W sezonie jest tam tłoczno. Ale w połowie czerwca świeciło pustkami. Nam to pasowało. Mogliśmy odpocząć po zmaganiach z zakrętami - uśmiecha się Łukasz.

Jednak najmilej zaskoczyły go miejsca, o których nikt wcześniej w opisach tras nie wspominał. Rewelacyjną okazała się przejechana przypadkiem droga pomiędzy Caldes a Pianizza di Sopra. Mało ruchliwa, ale za to ze świetnie wyprofilowanymi zakrętami i przepięknymi widokami na zieloną dolinę - kilkaset metrów niżej.

Ostatni nocleg Łukasz i Leszek mieli na kempingu w Austrii, niedaleko Klagenfurt. Stamtąd motocykliści wracali do domu. Łukasz do Pragi, a Leszek do Warszawy. Są zadowoleni z wyprawy. Na szczęście, nie wydarzyło się nic złego. Motocykle też nie zawiodły. Przyjaciele już planują kolejne wyprawy. Myślą o pojechaniu do Szwajcarii i Francji. Leszek napomknął jeszcze w trakcie wyjazdu o fiordach, jest też legendarna Droga Transfogaraska w Rumuni.

- Pewnie jednak pojedziemy do miejsca, o którym dzisiaj nawet nie myślimy - śmieje się Łukasz. - Bo tak zwykle bywa.

Wyprawa w pigułce

Wyprawa w Alpy kosztowała Łukasza Zgieta 500 euro. Głównie płacił za benzynę. Noclegi pod namiotem nie uderzały aż tak mocno po kieszeni (10-12 euro za namiot i motocykl).

Obydwa motocykle, jego i kolegi poradziły sobie na wyjeździe bardzo dobrze, regularne serwisowanie na pewno pomogło. Obyło się też bez większych awarii, nie licząc małych plastikowych części, które zawsze pękają, zgubionej w trakcie jazdy śrubki mocującej szybę w kasku czy przebitej w nocy dmuchanej karimaty.

A spalanie benzyny wahało się od 4 do 7 litrów.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie