25 lat zmian białostockiej gospodarki. A wszystko zaczęło się od łóżka

Maryla Pawlak-Żalikowska [email protected]
Białostocki bazar mieszczący się przy ulicy Kawaleryjskiej był jeszcze w latach 90. jednym z największych pracodawców w Polsce. To jego kondycją można było mierzyć stan naszych kontaktów ze Wschodem. Dziś, gdy galerie handlowe i wielkie sieciówki zawładnęły portfelami Polaków, klientów jest znacznie mniej.
Białostocki bazar mieszczący się przy ulicy Kawaleryjskiej był jeszcze w latach 90. jednym z największych pracodawców w Polsce. To jego kondycją można było mierzyć stan naszych kontaktów ze Wschodem. Dziś, gdy galerie handlowe i wielkie sieciówki zawładnęły portfelami Polaków, klientów jest znacznie mniej.
Dziś młodzi ludzie już nie kojarzą, jaki jest związek między łóżkiem polowym, a zmianami w gospodarce, które doprowadziły do tego, że zasada "czy się stoi, czy się leży..." została zastąpiona regułą "jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz". Przez 25 lat przyglądaliśmy się w Kurierze Porannym tym zmianom. Bo tyle już lat jesteśmy na rynku.

Kto nie pamięta, temu przypominamy: na polowych łóżkach wykuwał się polski kapitalizm, bo w kraju i zagranicą przedsiębiorczy ludzie rozkładali je, żeby z nich handlować gdzie się dało i czym się dało. Przenośnymi sejfami były natomiast przypięte do pasa torby, zwane nerkami.

Tyle tej wczesnokapitalistycznej symboliki ogólnopolskiej. Co było specyficznego w naszym regionie? Zbigniew Sulewski, dziś analityk ekonomiczny Centrum im. Adama Smitha, od połowy lat 90. dziennikarz ekonomiczny Porannego, wspominając najgorętsze tematy gospodarcze dla naszego regionu w tym okresie, zwraca uwagę na dwukrotne przyblokowanie granicy wschodniej.

- W 1996 roku była to umowa z Rosją dotycząca ruchu granicznego, a potem tzw. kryzys wschodni w 1998 roku. Fatalnie odbiło się to na przyjazdach na rynek na Kawaleryjskiej. A był on niezwykle ważny dla Białegostoku i okolic - przypomina Zbyszek. - Rankingi Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową pokazywały, że bazar ten był jednym z największych pracodawców w Polsce. Jego kryzys był dużym problemem dla Białegostoku: ludzie, którzy w stosunkowo prosty sposób zarabiali tam pieniądze, nagle stracili oparcie. Jedni nie potrafili się odnaleźć, drudzy - szukali innych sposobów lokowania się w biznesie.

Nasz kolega wspomina, że jeszcze za jego kadencji w gazecie, istniały białostockie Fasty, słynne na całą Polskę zakłady przemysłu tekstylnego, dające pracę nawet 7 tysiącom ludzi. - Ale było już wiadomo, że to kolos na glinianych nogach, co do którego zbyt długo się łudzono, że można go utrzymać bez zmiany jego formy. Ale np. Biazet został uratowany, dzięki jego prezesowi Romanowi Puciłowskiemu, który przeprowadził ugody bankowe i sprowadził tam Philipsa.

Zdaniem ekonomisty Roberta Ciborowskiego, profesora UwB, który od lat jest jednym z komentatorów życia gospodarczego w naszej gazecie, największą zmianą tego ćwierćwiecza jest zniknięcie z mapy regionu wielkiego przemysłu.

- W samym Białymstoku było kilka dużych firm z branży włókienniczej czy potężne zakłady mięsne - przypomina. - Te lata to przejście od przemysłu w stronę handlu i od wielkich firm do małych i średnich. Gdy wchodził w życie plan Balcerowicza, wiele firm nie zdążyło się przygotować do nowych warunków.

Nagle weszła konkurencja okrzepła w kapitalizmie, działająca od setek lat i nasze firmy funkcjonujące w branżach przemysłowych nie miały szans. Padły zakłady włókiennicze, bo nie zdążyły wejść na nowe rynki, zdobyć nowych technologii, zaproponować nowych materiałów. Nie było na to czasu.

- Tylko w spółdzielczości mleczarskiej poszło to inaczej - dodaje Robert Ciborowski. - Małe zakłady były wchłaniane przez dzisiejsze giganty rynku, Mlekovitę i Mlekpol.

W tym momencie warto przypomnieć zupełnie inną spółdzielczą historię - PSS Społem Białystok, wplecioną w bitwę wielkich hipermarketów o białostocki rynek. Kto jeszcze pamięta te zażarte dyskusje, czy wpuszczać do nas kolejne po Auchan, galerie?

To monopol francuskiego giganta. Konsument potrzebuje konkurencji, żeby mieć ofertę szerszą i tańszą - mówili jedni. Nie wpuszczajmy kolejnych sieci, bo wyduszą nasze polskie firmy, które ani organizacyjnie, ani marketingowo, ani promocyjnie nie dojrzały jeszcze do stawiania czoła zachodnim potęgom handlowym - argumentowali drudzy.

Walka o przetrwanie i rozwój białostockiego Społem, zmiana, jaką przeszła ta firma - spowodowały, że jest to dziś najsilniejszy PSS w Polsce. Z powodzeniem, choć niełatwo konkurujący jakością w zmaganiach o klienta, jeden z największych pracodawców w regionie.

Przytrzymanie kolejnych hipermarketów poza granicami miasta dało czas naszym handlowcom. A pozycja spółdzielczości w województwie (od handlu, przez mleczarstwo po bankowość) w ogóle jest fenomenem na tle kraju. I może być tematem odrębnych analiz.

Minione 25-lecie to też oczywiście czas zmian własnościowych. Pożegnania firm państwowych i witania prywatnych. Najbardziej widowiskowym z tych procesów była sprzedaż "perły w koronie", "kury znoszącej złote jajka", czyli Polmosu Białystok z jego flagowymi produktami, takimi jak Żubrówka i Absolwent.

Na ten narodowy, a nie tylko regionalny skarb, patrzył z napięciem cały kraj. Fascynująca była zarówno kwota do jakiej wyśrubowana została cena (ponad miliard złotych), jak i koncertowo prowadzone negocjacje o pakiet socjalny dla załogi, która przecież przez lata wypracowała markę Polmosu.

Ludzie strajkiem opowiedzieli się po stronie amerykańskiego inwestora - CEDC, który ostatecznie wygrał. Załoga bała się, że Sobieski Dystrybucja zamieni ją w rozlewnię wódek. W rękach CEDC Polmos najpierw kwitł , zostając polskim liderem innowacyjności w swojej branży.

Dopiero kilka lat temu w wyniku restrukturyzacji firmy Wiliama Careya stracił część swojej suwerenności, zostając oddziałem amerykańskiego giganta, a w końcu - wraz z upadłością CEDC - przeszedł w ręce rosyjskiego miliardera Roustama Tariko i jest perłą w jego "koronie".

Niestety gorzej skończyła się historia Zakładów Mięsnych, które sprywatyzowane, jako PMB, zamknęły z hukiem swoją działalność. Podobnie jak stało się z Mostostal Białystok. Proces znikania kolejnych miejsc pracy z białostockiego rynku relacjonowaliśmy równolegle z pokazywaniem m.in. jak podnosi się z kolan Nasycalnia Podkładów Kolejowych w Czeremsze czy Hamech. Jak z niewielkich firm wyrastają takie potęgi swoich branż, jak np. BOS w Porosłach, Malow w Suwałkach, Promotech, AC SA w Białymstoku, Plum w Ignatkach, ChM w Lewickich, Unibep w Bielsku czy SM Piątnica.

Od 11 lat, organizując Podlaską Złotą Setkę Przedsiębiorstw i ranking Innowacje, przyglądamy się dynamicznie rozwijającym się firmom w regionie. Rozwijającym się bardziej Wbrew niż Dzięki. Wbrew kolejnemu kryzysowi wschodniemu, wbrew słabej ciągle infrastrukturze.

- Wbrew problemom z promocją regionu. Bo nawet jeśli gdzieś jest jakiś dokument, który ją wyznacza, to w praktyce kreują ją przypadkowe działania - dodaje Zbigniew Sulewski, który teraz jako analityk ekonomiczny bardziej przygląda się nie tyle konkretnym firmom i ludziom, co mechanizmom powodującym, że sytuacja regionu jest, jaka jest.

Mierzenie gospodarki regionu wielkością naszego PKB, zdaniem profesora Ciborowskiego nie prowadzi do zbyt optymistycznych wniosków:

- Oczywiście, skoro w całej Polsce PKB rośnie o jakieś 2-3 procent, a nasz udział w nim się nie zmienia, to znaczy, że nam się polepsza, ale nie są to wzrosty, które można by pokazywać w ekonomii jako wzorcowe - przyznaje nie bez żalu ekonomista. - Ale trzeba pamiętać, że swoje miejsce w Polsce "zawdzięczamy" nie ostatnim 25 latom, a dwóm czy trzem wiekom. Te tereny zawsze gospodarczo były Polską B. Stąd zawsze ludzie raczej wyjeżdżali a nie tu przyjeżdżali. I zlikwidowanie tego stanu nie uda się raczej jednemu pokoleniu.

- Dobra struktura gospodarki regionu to kilka dużych firm i otoczka małych, działających na innych i na siebie. Gdy pod Londynem powstawał obszar inwestycyjny M4, to punktem wyjścia były dwie olbrzymie firmy farmaceutyczne, a na ich rzecz działały dziesiątki małych plus instytuty naukowo-badawcze - dodaje profesor Ciborowski, ubolewając nad brakiem w regionie jeszcze kilku potężnych firm w branżach, w których zawsze byliśmy dobrzy: maszynowej, rolno-spożywczej, drzewnej.

- To one powinny być u nas głównym pracodawcą, a nie instytucje publiczne jak teraz - dodaje Robert Ciborowski, i ciesząc się z powstawania u nas firm z branży IT, zauważa jednak, że nie dają one perspektywy zatrudnienia setkom czy tysiącom ludzi.

- Mimo wszystko widać, że żyjemy w lepszych warunkach - stawia kropkę nad i ekonomista. - Choć nie tak dobrych, jak byśmy chcieli.

Czytaj e-wydanie »

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie